Każdy chciał być Gazdą

0
Stanisław Gazda, fot. Renata Botor-Pławecka

Rozmowa ze Stanisławem Gazdą, gwiazdą polskiego kolarstwa lat 60. XX w. Wywiad, przeprowadzony w listopadzie 2012 r., po raz pierwszy ukazał się w książce „Stąd w świat. Rozmowy ze sławnymi osobami z Pszczyny i okolic”.

Stanisław Gazda: – Wie pani co? Najważniejszy jest Rzym.

– Wiem. Igrzyska olimpijskie 1960. Był pan szósty.

– W 1960 r. papieżem był Jan XXIII. Z wioski olimpijskiej ekipy mogły jechać do Watykanu. Wychodzimy z autobusu, a akurat Amerykanie przyjechali – w spodniach-farmerach (były wtedy modne), czyli jedna nogawka ucięta wyżej, jedna niżej. I straż watykańska ich nie wpuściła: „Ubierzcie się normalnie, to przejdziecie”.

– Aha, bo mieliście wszyscy audiencję u papieża.

– Tak. Ojca Świętego wyniesiono (w lektyce był noszony) i udzielił nam błogosławieństwa.

– Czyli to tak najmocniej utkwiło panu w pamięci.

– I jeszcze coś. Jadę z treningu, a tu nagle ktoś woła: „Staaaaszek!”. Zastanawiam się, kto mnie na ulicy w Rzymie może „Staszek” wołać. Patrzę, a to Antek Weszka z Miedźnej. Pytam, co tu robi. Mówi: „Mama krowę sprzedała i żech się dostoł”. A to nie był tylko problem jechać, ale jeszcze trzeba było wizę załatwić!

– Też sportowiec?

– Nie, fanatyk kolarstwa. To spotkanie z nim mocno utkwiło mi w pamięci.

– Igrzyska w Rzymie były podobne do tych dzisiejszych?

– Tak, wszystko to samo. Zorganizowane z pompą, dopięte na ostatni guzik, bo to przecież cały świat patrzy. Startowało 170 kolarzy z całego świata. Żar lał się z nieba, 45 stopni i 180 km do przejechania. I Włoch w swoim mieście przegrał indywidualny wyścig olimpijski, a wygrał Rusek. To była klęska narodowa. Ten chłopak, Livio Trape, jeździł w Wyścigu Pokoju. Rusek, Wiktor Kapitonow, też. Ale Rusek załatwił Włocha w Rzymie. Tego też się nie zapomina.

– Jakieś kontrole antydopingowe już wtedy były?

– Nie. Na trasy braliśmy zawsze cukier w kostkach, czekoladę, banany, pomarańcze (zawodnicy dostawali, choć normalnie w Polsce tego nie było). Na Wyścigi Pokoju – które organizowano w maju, a więc bywało zimno – w bidonach mieliśmy herbatę z cytryną i płatki owsiane zalane wodą z miodem. To było nasze jedzenie na trasie, nasz doping.

Nie zapomnę Wyścigu Pokoju w 1965 r.: Bukowina Tatrzańska, Łomnica do Bielska. Mechanik z naszej ekipy, świętej pamięci Henryk Łasak, przygotował na trasę picie na słońce i na deszcz (w górach jechaliśmy). W punkcie odżywczym dał chłopakom bidony. I nagle słyszymy krzyk Zielińskiego: „Nic nie widzę, nie widzę!”. Bo myślał, że ma bidon z wodą, którą chciał sobie polać głowę. Polał się, ale to była ta mieszanka z miodem – i oczy mu się skleiły. To jeszcze nie było najgorsze, bo pod kolana też mu poszło. Karetka musiała przyjechać, by go wodą opłukać.

– Ale wypadek [śmiech].

– Potem na tym etapie straszny upał się zrobił i rower topił się w asfalcie. Zarządzono, że kibice mogą nas polewać na trasie wodą. W Wadowicach ktoś rzucił szklankę i trafiła mnie w głowę. Łuk brwiowy mi poszedł. Od Wadowic aż do Andrychowa karetka jechała i wycierali mi krew, która cały czas płynęła. A w Bielsku przegrałem etap z powodu wjazdu na stadion. Zrobiono tam drewniany podest. Rusek, Lebiediew, przez ten podest przejechał na trawę i wyjechał w połowie boiska. Wygrał przez to etap, bo ja skręciłem w prawo, na bieżnię, jak trzeba było.

– Skrót sobie zrobił.

– Tak, strasznie ściął.

– To nieuczciwie wygrał. Nikt nie pilnował takich spraw?

– Nie zwracano na to uwagi, zresztą nie było protestu. Stałem zły na podium, na tym drugim miejscu, a prezydent Bielska wręcza mi nagle klucze do mieszkania. Kazali mi nimi machać, bo specjalnie je pochromowali, żeby się świeciły…

– To co ten zawodnik radziecki dostał za I miejsce, skoro za II było mieszkanie?

– To nie była nagroda za wyścig tylko za moje wyniki w Zrzeszeniu Sportowym „Start” Bielsko-Biała! Z tym klubem byłem związany od 1955 r. Na mieszkanie wpłacał pieniądze Centralny Związek Spółdzielczości Pracy w Warszawie.

– Przeprowadził się pan do nowego mieszkania?

– Pojechaliśmy z żoną je pooglądać. Było w Bielsku – w bloku, na pierwszym piętrze. I tyle dzieci dookoła! Bawiły się w piasku, bo był to jeszcze teren budowy. Żona powiedziała: „Staszek, wracamy w swoje strony, do Pszczyny”. Mnie też tam się nie podobało. Całe życie mieszkałem w domu, w Starej Wsi, a nie w bloku.

– Sprzedaliście to mieszkanie?

– Nie. Oddałem klucze w związku i tyle.

– Poważnie?

– Tak. Nie wiem, co się z nim stało. Może ktoś skorzystał.

– Zostaliście w swojej Pszczynie.

– Wybudowaliśmy dom na ojcowiźnie.

– Mógł pan zamieszkać w różnych miejscach na świecie.

– Tak. W Niemczech mnie pytali: „Po co wracasz?”. W Kanadzie fabrykant, który organizował wyścig, pytał: „Zostajesz?”. Nie chciałem, ja w Polsce miałem rodzinę. Ale bywało tak, że sam wracałem z zawodów w Holandii, Francji, Szwajcarii, bo inni chłopcy wybrali wolność na Zachodzie.

– Proszę opowiedzieć o rodzinnym domu w Starej Wsi.

– Ojciec pracował na kolei w Katowicach-Ligocie, matka wychowywała dzieci. Było nas czworo: trzech chłopców i siostra. Najstarszy brat, Bolesław, chodził do ogólniaka w Pszczynie. Zmarł, gdy miał 16 lat. To była tragedia. Na sylwestra wynosiło się bramy, tak dla żartu. Boleś wracał z kościoła, koledzy go namówili, by poszedł z nimi. Uciekali z jednego z gospodarstw i ktoś rzucił w chłopaków cegłą. Brat dostał w głowę. Umarł w szpitalu.
A potem w jednym roku wszyscy poszli z domu: mnie wzięli do wojska (do Floty Gdynia, którą wtedy reprezentowałem na wyścigach), siostra skończyła liceum „Chrobrego” i poszła do klasztoru, do sióstr służebniczek Najświętszej Marii Panny, a brat Kazik się ożenił. Rodzice zostali sami.

– Jako dzieci mieliście już rowery?

– A gdzie tam [śmiech]. Mieliśmy felgę i kij – dla zabawy z tym lataliśmy. Bieda była. W jednych butach w niedzielę do kościoła chodziliśmy, na zmianę. Kazik kupił takie kanciki, na narty, do tego nosiło się wąskie spodnie, skarpetę trzeba było trochę wyciągnąć wyżej, a z przodu buty okuło się brązem. I szło się do kościoła, do Wszystkich Świętych w Pszczynie. Najpierw szedł Kazik, czekałem, aż wróci, bo potem była moja kolej na te buty.
A na stawie się jeździło w drewnianych pantoflach z przymocowanymi drutami. W hokeja graliśmy.

– Na którym stawie?

– Na Starej Wsi prawie każdy gospodarz miał wtedy staw – tam hodował ryby.

– W szkole sportowo się pan wybijał?

– Biegałem tylko. Chodziłem do szkoły w Starej Wsi. Kierownikiem był Alojzy Chrapek, uczył fizyki i matematyki.

Rano, przed szkołą, trzeba było iść na szóstą do kościoła, do Pszczyny. Matka kazała. Jeździłem na rowerze. Raz zamiast do kościoła postanowiłem pojechać w trasę za Kobiór. Tyle że to wysiłek straszny, a nic nie jadłem, bo gdy się rano miało iść do komunii, ostatni posiłek mógł być do północy poprzedniego dnia. Wracając z tego treningu, czułem, że jestem coraz słabszy. W rowie poszukałem szczawiu, by cokolwiek zjeść. Od Piasku nie dałem rady jechać, szedłem pieszo, na skróty. Gdy dotarłem do domu, z tego głodu oczy miałem już koło uszu, matka mnie nie poznała. Odtąd nie pozwoliła mi na kole do kościoła jeździć, musiałem chodzić pieszo.

Podobna sytuacja zdarzyła mi się jeszcze kiedyś na trasie za Skoczowem. Jeść mi się strasznie chciało, przy drodze sklepów nie było, a do ludzi pukać wstyd. Na szczęście zobaczyłem czerwone, górskie krowy na pastwisku. Podeszło się, wydoiło mleko do bidonu, głód minął.

– Pamięta pan Wyścig Pokoju w początku lat 50., którego trasa wiodła przez Pszczynę?

– Oczywiście! Stałem z tatą przy ul. Żorskiej (to nie była jeszcze asfaltowa droga, tylko bita). Nikt wtedy nie zostawał w domu, wszyscy wychodzili na trasę – siedzieli na ryczkach, stołkach i czekali, aż pojedzie Wyścig Pokoju. Jechała czołówka, po pięciu minutach następna grupa itd. Ostatni zawodnik był po godzinie. Na tym Wyścigu Pokoju zobaczyłem Henryka Hadasika – i chciałem nim być.

– Pierwszy w kolarstwo zaangażował się brat, Kazimierz.

– Tak, on chodził do szkoły w Piotrowicach, gdzie była dobra grupa kolarska. Potem był w czechowickim klubie „Górnik”, i mnie tam wciągnął. Ale już wcześniej braliśmy rower od ojca, błotniki się zdejmowało, kierownicę robiło wyścigową (na dół) i była kolarzówka. Bo gdy się ścigasz, musisz być pochylony, by był jak najmniejszy opór powietrza. Ale nie patrzysz na dół, bo to niebezpieczne: kura wyskoczy, gęś, nie daj Boże dziecko. A u góry trzyma się kierownicę, gdy jedziesz sobie tak „balu, balu”, rekreacyjnie, żeby ludzie widzieli twoją gębę.

– Rywalizował pan z bratem?

– Brat widział, że go gonię, choć byłem o trzy lata młodszy. Pamiętam wyścig dookoła Pszczyny. Byłem wtedy jeszcze młodym „trampkiem”. Brat z kolegą zostawili całą grupę w tyle, ale ja ciągle trzymałem się za nimi. Mówiłem sobie: dogonię ich. Tyle że oni byli we dwóch, współpracowali. Polega to na tym, że raz jeden jedzie z tyłu, chowa się za tym drugim, odpoczywa, a potem jest zmiana. A ja byłem wtedy sam. Widzieli jednak, jak przypierniczam i czuli, że jeszcze rok i ich przegonię.

– O profesjonalny rower kiedyś nie było tak łatwo.

– Składaliśmy sobie rowery: od jednego ramę się kupiło, od kogoś szprychy, przerzutkę, gdy już były.

Kazik dostał pierwszą profesjonalną kolarzówkę z klubu. To był czerwony wyścigowy rower „Bałtyk”. Brat wracał ze szkoły później ode mnie, bo ja chodziłem do zawodówki w Pszczynie. Wiedziałem, że nie da mi się tym nowym rowerem przejechać (trzymał go koło łóżka, by nikt go nawet nie ruszył)…

– …i sobie pan tę kolarzówkę pożyczył.

– Wziąłem bez jego wiedzy. A takim rowerem to musisz szybko jechać! Wpadłem do dziury, połamałem przednią obręcz na ponad 20 części. W domu to pokleiłem i postawiłem koło łóżka. A potem dyla z chałpy – do potki. Matka na drugi dzień po mnie przyszła: „Chodź, już mu przeszło”.

– Brat się jeszcze odzywał do pana?

– Pewnie. Wymienił przednią część roweru. Gdy brałem udział w wyścigach kolarskich, w tych młodszych kategoriach, mówił jednak: „Jeszcze raz się przewrócisz, kończysz z kolarstwem”. Bo rodzice się strasznie przejmowali, że ja ciągle taki poobijany. A ja zawsze z przodu chciałem być, stąd te kraksy. Gdy mi Kazik powiedział, że kończę, wygrałem wyścig i odtąd skutecznie uciekałem reszcie zawodników.
Choć… kraks jeszcze w życiu nie brakowało. Raz zdarzyło mi się wpaść na cegłę i znalazłem się w szpitalu w Katowicach.

– Było poważnie?

– Zwiałem im z tego szpitala. Bo przecież musiałem być na wyścigu! Wyzdrowiałem bez szpitala.
Innym razem, przed Wyścigiem Pokoju był sprawdzian na autostradzie. Jadę, głowa w kierownicę, by jak najlepszy czas zrobić, a za zakrętem nagle widzę zderzak auta osobowego. Przeleciałem przez ten samochód. Obudziłem się w szpitalu we Wrocławiu. Ale tam już mnie pilnowali, żebym nie uciekł.

– Znaczy, że tak źle nigdy nie było, skoro chciał pan ciągle uciekać.

– Na drugi dzień rozruch robiłem na korytarzu: przysiady, pompki. Ordynator mnie chciał do łóżka przywiązać.

– Może gdyby tak wielkiego samozaparcia nie było, nie byłoby też wyników.

– Zgadza się. Nie ma znaczenia: deszcz, śnieg, na trening się jechało. Choć mi nikt nie kazał. Bo mogłem oszukać w dzienniczku: przejechałem 100 czy 200 km. Ale to przecież ja chciałem być mocny, dobry, na przedzie!

Czasami całą noc się pociągiem jechało na zawody, potem trening, bez wypoczynku. Pani kochana! Na półkach w pociągu spaliśmy, tam gdzie bagaże. Często ustąpiło się miejsca kobiecie, bo przecież jej nie powiesz, że na zawody jedziesz i musisz być wypoczęty. I siedziało się w korytarzu całą noc, na walizce. Żadnych rezerwacji nie mieliśmy. Teraz zawodnicy mają wszystko.

– Tylko z osiągnięciami dziś nie tak dobrze.

– Na nas dopiero się uczono, jak powinny wyglądać przygotowania do wyścigów kolarskich. Dopiero po nas pojawiły się w kadrze narodowej cykle treningowe i tacy zawodnicy, jak: Ryszard Szurkowski, Zygmunt Hanusik, Zenon Czechowski. My przecieraliśmy szlak. Walczyliśmy o to, by były treningi, zgrupowania w Bułgarii, Tunezji, czyli w warunkach podobnych do tych na wyścigach. Kiedyś na Wyścigu Pokoju spytałem Belga, w ilu wyścigach brał udział przed tym najważniejszym spotkaniem. Mówi, że w 50. A my, Polacy, tylko w trzech. Dopiero trener Łasak przyjął taki cykl szkoleniowy, że robiliśmy wyniki.

– W latach 60. był pan mistrzem.

– Ale to była ciężka praca.

– Zdarzało się, że miał już pan kolarstwa dość?

– Czasem rzeczywiście szukałem tego, który mnie namówił do kolarstwa [śmiech]. Ale to były tylko czasem takie sytuacje, zazwyczaj miałem z kolarstwa wielką przyjemność.

– A jakie były nagrody za wygrane wyścigi?

– Nagrody rzeczowe. Motor raz dostałem, zegarki, telewizory. Raz w Wyścigu Pokoju – na różnych etapach – wygrałem pięć telewizorów Szmaragd.

– Co pan z nimi robił?

– Trafiły do wspólnego worka w drużynie i dzieliliśmy się – przez losowanie, bo było nas sześciu. Wylosowałem krótką zapałkę (czyli telewizora nie ma), ale kapitan, Mietek Wilczewski, powiedział, że on woli wziąć kamerę, bo ją na Zachodzie sprzeda, a telewizor za duży.

– Był pan rozpoznawalny?

– Tak. Na ulicy chłopcy i dziołchy leciały po autograf. Gdy chodziłem na spotkania w szkołach, każdy jeden chciał być Gazdą albo Królakiem. Nauczycielki mówiły, że dzieci piosenki o nas śpiewają. Dzięki takiej wizycie w szkole w Czarkowie poznałem żonę. Przyjechałem akurat z Wyścigu Pokoju i dyrektor szkoły Bronisław Ptak (późniejszy burmistrz Pszczyny) powiedział, że organizuje spotkanie z kolarzem.

– Żona była nauczycielką w tej szkole?

– Tak. Patrza, stoi młoda dziewczyna, spodobała mi się…

– A jej zaimponowało, że pan kolarz…

– Właśnie nie za bardzo jej się to podobało. Bo jeździłem w kolarskich spodenkach, laczkach, białych skarpetkach – ubrany na krótko, jak to na rowerze. Jeździłem tak do niej do Suszca, skąd pochodzi.

– Długo pan tak jeździł do tego Suszca?

– Dwa lata. Rok po ślubie urodziła się Ewa, a gdy już skończyłem karierę, Wojtek.

– Ponoć w drugi dzień wesela już pan pojechał na długi trening.

– Tak. Pojechaliśmy z bratem na trening: Bielsko-Skoczów-Cieszyn-Pawłowice-Żory-Mikołów-Gostyń. To był wtorek, bo w Suszcu śluby były w poniedziałki.

– To jak długo was nie było?

– Z pięć godzin.

– I żona nie była zła?

– Nie. Bo to przecież normalne, takie jest życie. A my nie pojechaliśmy na spacer, tylko na ostry trening, na każdej górce finiszowaliśmy. Tydzień po weselu zdobyłem I miejsce w wyścigu Dookoła Polski (1963 r.) – to był prezent dla żony.

– Pan zdecydował: teraz kończę karierę?

– Tak, w 1974 r. Bo czułem, że wyprzedzają mnie inni zawodnicy. Powiedziałem sobie: to teraz czas dla rodziny.

– Z zawodu był pan stolarzem. Pracował pan kiedykolwiek w zawodzie?

– Jestem mistrzem stolarskim. Technikum też robiłem, ale do matury nie podszedłem, bo czułem, że nie opanowałem dobrze materiału. Już wtedy dużo trenowałem.

Ale pracowałem jako stolarz. To było osiem godzin stania przy warsztacie, a potem ciężki trening: najpierw dojechać w góry, np. na Kubalonkę, żeby zrobić „siłę”, czyli pod górę męczyć organizm. A potem jeszcze trzeba było stamtąd do domu na rowerze wrócić. To jest jednak tak, że jeśli chcesz coś robić, musisz to kochać, wtedy nie jest ciężko. Dopiero gdy miałem dobre wyniki, zwalniali mnie z roboty wcześniej.

Pracowałem w Miejskim Zarządzie Budynków Mieszkalnych w Pszczynie, rok w hucie „Batory”, w Spółdzielni Pracy „Montaż” w Bielsku. Po skończeniu kariery kolarskiej pracowałem w pszczyńskim Polgazie 8 lat, a potem w kopalni „Krupiński” w Suszcu – jako górnik i mechanik sprzętu ratowniczego.

– Zaangażował się pan w lokalną politykę.

– Ale to już też po ściganiu się. W latach 1976-80 byłem radnym. Robiło się wtedy drogę, gaz.

– Trenował pan też młodych.

– I rządzili chłopcy na Śląsku. Byłem najpierw w klubie „Start” Bielsko, a potem na „Krupińskim” stworzyliśmy sekcję kolarską, której zostałem menadżerem. Było dużo zawodników z Pszczyny. Każdy chciał być kolarzem.

Mocno poszliśmy w szkolenie młodzieży, poszukaliśmy sponsorów. U nas wyrósł drużynowy wicemistrz olimpijski w Seulu Andrzej Sypytkowski, a także Cezary Zamana, Krystian Zajdel, Artur Krzeszowiec. Sławomir Kohut pojechał na olimpiadę do Aten. Ten młody chłopak, trenowany przez mojego kuzyna Franka Gazdę, zdobył wicemistrzostwo Polski.

– Jako menadżer organizował pan zgrupowania, obozy?

– Oczywiście. Ale w latach 80. było wszystko na kartki. Na obóz musiałem więc najpierw zorganizować, a potem zawieźć mięso, żeby tam mieli co jeść. Nie było tak łatwo jak teraz. Pamiętam, gdy jedna matka przyszła do mnie z pretensjami, że jej synek po treningu zjada wszystko co ma w lodówce, a potem ojciec, który idzie na nockę do kopalni, nie ma co jeść. To były inne czasy.

Ale potem było lepiej i na stare lata, w początku lat 90., poleciałem do Australii. Wziąłem najlepszych chłopaków z klubu „Krupińskiego”. Okazało się, że na lotnisku są jakieś problemy z biletami i musimy lecieć przez Bangkok. Tyle że tam nie mieliśmy noclegu, a kolejny samolot był dopiero następnego dnia. Co robić? Na lotnisku przypadkiem usłyszałem rozmowę pewnej młodej dziewczyny ze swoim tatą. Mówiła mu przez telefon, że przyleci do Bangkoku. Zagadnąłem, okazało się, że jej ojciec jest tam ambasadorem i może załatwić naszej ekipie kolarskiej nocleg w hotelu na lotnisku, za darmo. Tak nam się udało. Chłopcy ścigali się więc w Sydney, a potem pojechaliśmy na Hawaje – dalej się ścigać. W hotelu na recepcji tak bardzo się ucieszyłem, że mamy jeszcze 9 godzin zapasu (bo różnica czasu), że aż z tej radości wyrzuciłem do oceanu zegarek.

– Do wody, zegarek?

– Ale ruski był! [śmiech]

– Swoje dzieci wciągnął pan w kolarstwo?

– Syna. Gdy w 1991 r. w Pszczynie była ogólnopolska spartakiada, czytał na rynku rotę, występował w reprezentacji Śląska.

– W Pszczynie współorganizował pan Ogólnopolskie Kryterium Uliczne Memoriał Kazimierza Gazdy. Dla upamiętnienia zmarłego brata.

– Tak, brat zmarł w 1985 r., mając 50 lat. Nieszczęśliwy wypadek: stał na taborecie, sprawdzając bezpieczniki, spadł, uderzył głową w balustradę, nie dało się go wyratować nawet w klinice.

W organizowanie memoriałów włączyła się cała rodzina. Synowie Kazika, a także Urząd Miejski z burmistrzem Henrykiem Studzieńskim, który był miłośnikiem kolarstwa, ze starostą Józefem Tetlą.

– Ze swoimi kolegami kolarzami ma pan dziś kontakt?

– Pokażę pani zdjęcie z Wyścigu Pokoju w 1962 r. To nasza drużyna: Bogusław Fornalczyk, chłopak z Będzina, Kazimierz Domański z Legii Warszawa, jo, Rajmund Zieliński ze Szczecina, Józef Beker ze Świdnicy i Jan Kudra z Łodzi. Spotkaliśmy się niedawno w Kowarach, na 50-lecie uczestnictwa tej drużyny w Wyścigu Pokoju. Wszyscy żyją (choć tyle kraks w życiu przeszli!), są na emeryturze.

– A pan co teraz porabia?

– Bawię się z wnukami, przed domem trawę pokoszę. Odpoczywam.

– Ludzie pamiętają, że to ten Gazda, mistrz kolarski?

– Ci starsi. Młodzi nie wiedzą. Środowisko kolarskie jednak w 2006 r. w Krakowie uhonorowało mnie tytułem pierwszego oficjalnego Króla Polskiego Kolarstwa lat 60. Koronowała mnie pani konsul Francji.

– Jeszcze czasem pan pojeździ?

– Ale już się nie ścigam, tylko rekreacyjnie, do lasu. Jeździć wyczynowo w moim wieku byłoby niebezpiecznie.

Wie pani co, czasem sobie myślę, czemu w młodości byłem taki głupi: bo źle rozgrywałem wyścigi! Ile zdrowia niepotrzebnie traciłem! Można było zupełnie inaczej i teraz wiedziałbym, jak to zrobić…

– Każdy by tak chciał: mieć rozum 60-latka, a siły 20-latka. A kolarzówkę pan jeszcze ma?

– Pewnie, że mam. Ale tylko patrzę na nią.

listopad 2012

Rozmawiała Renata BOTOR-PŁAWECKA

Materiał jest chroniony prawami autorskimi. Kopiowanie bez zgody autorki zabronione.

Stanisław Gazda
Urodził się w 1938 r. w Pszczynie (Starej Wsi). Jest gwiazdą polskiego kolarstwa lat 60. Zdobył szóste miejsce na igrzyskach olimpijskich w Rzymie w 1960 r. Zajmował czołowe lokaty w Wyścigach Pokoju (III miejsce w 1962, V– w 1960), Wyścigach Dookoła Polski (I miejsce w 1963, II – 1959, III – 1958 i 1972), w Mistrzostwach Polski (I w 1961, II – 1960, 1962, 1965), a także w wyścigach dookoła Irlandii, Rumunii, Jugosławii, Kanady, Meksyku, Wielkiej Brytanii i Szkocji. Otrzymał wiele odznaczeń, m.in. Zasłużony Mistrz Sportu, Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here