Pytania do prezesa Tyskiego Sportu

0
Sektor kibiców GKS Tychy (tzw. młyn) podczas meczu otwarcia Stadionu Miejskiego w lipcu 2015 r.; fot. J. Jędrysik

Po burdach na Stadionie Miejskim w Tychach podczas meczu GKS Tychy – Ruch Chorzów i zniszczeniach dokonanych przez pseudokibiców (m.in. uszkodzone 149 krzesełka) mam listę pytań do Grzegorza Bednarskiego, prezesa Tyskiego Sportu SA.

Dlaczego przy wejściu na sektor Stadionu Miejskiego małemu dziecku ochroniarze zabierają wodę w plastikowej butelce, tłumacząc to względem bezpieczeństwa, a jednocześnie na zarządzany przez pana stadion cyklicznie wnoszone są w masowej ilości materiały pirotechniczne (race i petardy), kominiarki maskujące twarze oraz ogromne flagi, które również utrudniają identyfikację potencjalnych sprawców stadionowych przestępstw i wykroczeń? Wszystkie te rzeczy nie powinny pojawiać się na obiekcie, bo ich używanie stanowi łamanie prawa – Ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych.

Jak to możliwe, że uwadze ochroniarzy nie ujdzie woda mineralna, a są w stanie przegapić race, kominiarki i flagi? A przecież taka kominiarka powinna wzmóc czujność służb porządkowych. Dlaczego bowiem komuś zależy na ukryciu twarzy?

Wiem, wiem… Czasem wizualnie atrakcyjna oprawa meczu (flagi, kartoniady, palące się race, śpiewy) jest jedyną atrakcją spotkania, ale po co nam prawo, którego nie egzekwujemy? Skoro nie wolno wnosić, to dlaczego wnoszą? Przecież to ośmiesza władze krajowe i samorządowe, a przede wszystkim daje poczucie bezkarności.

Po każdej burdzie na stadionie wydaje pan oświadczenia, w których potępia pan wybryki pseudokibiców i podkreśla pan, że to margines nie mający nic wspólnego z klubem i prawdziwym kibicowaniem. Z drugiej strony jest w panu i w pana pracownikach jakaś dziwna niemoc w ukrócaniu zachowań ryzykowanych na stadionie. Są dwie możliwości. Albo jest pan zupełnie bezradny wobec sprytu szalikowców, albo wnoszą oni to wszystko za czyimś przyzwoleniem.

Jeśli to ta druga opcja – w co chciałbym wątpić – to trudno mi uwierzyć w pana zapewnienia przesłane nam przez rzecznika Tyskiego Sportu. Cytuję: „Sytuacja z sobotnich derbów już nigdy nie może powtórzyć się na naszym stadionie. Wszyscy wyciągnęliśmy z tej lekcji odpowiednie wnioski”. Jest duża szansa, że sytuacja się jednak powtórzy, niestety, powtórzy.

Felieton ukazał się w papierowym wydaniu „Nowego Info” – nr 8 z 17.04.2018 r.

***

POSTSCRIPTUM – Międzynarodówka pseudokibiców polubiła Tychy

W piątek 25 maja oglądałem główne wydanie „Faktów” TVN. Poruszano m.in. temat bezpieczeństwa na stadionach piłkarskich w Polsce. Materiał ukazał się w kontekście rozróby w trakcie meczu Lech Poznań – Legia Warszawa. Pseudokibice Lecha odpalili race, rzucali je na murawę, wreszcie sami wtargnęli na boisko… Race wniesione zostały również na finał Pucharu Polski. Wtedy od zapalonych środków pirotechnicznych doszło niemal do pożaru dachu Stadionu Narodowego.

Występujący w „Faktach” policjanci stwierdzili jednoznacznie, że wnoszenie rac na nasze stadiony (to przestępstwo za które ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych przewiduje zakazy stadionowe, grzywnę i karę więzienia od 3 miesięcy do 5 lat) jest możliwe dzięki cichym porozumieniom kibiców i zarządów klubów. W TVN informowano m.in. jak race są wnoszone. Rzadko przez bramki wejściowe, gdzie stoją ochroniarze. Dzieje się to wcześniej, np. w przewożonym cateringu lub dzięki zaufanym osobom na stadionie, za niepisaną zgodą decydentów.

Zanim jeszcze doszło do zadym w Poznaniu i w Warszawie pisałem w tym miejscu, że prawdopodobnie tak też jest w Tychach. Zadałem wtedy pytanie Grzegorzowi Bednarskiemu, prezesowi Tyskiego Sportu – gminnej spółki, która zarządza drużyną GKS Tychy i Stadionem Miejskim – jak to jest, że przy wejściach na sektory ze względów bezpieczeństwa dzieciom odbiera się wodę w małych, plastikowych butelkach, a na meczach odpalane są środki pirotechniczne i rozwijane są duże flagi (sektorówki). One również zakazane są ustawą, bo utrudniają identyfikację osób. To właśnie pod nimi ci, którzy odpalają race wcześniej przebierają się w maskujące kombinezony i zasłaniają twarze. Odpowiedzi prezesa Tyskiego Sportu nie doczekałem się.

Ironizowałem, że czasem kibicowska oprawa z racami jest najciekawszym wydarzeniem na meczu, ale skoro jest łamaniem prawa, należy to prawo bezwzględnie egzekwować albo dopuścić używania pirotechniki na imprezach masowych. Wszelkie pośrednie stany są niedopuszczalnymi protezami ośmieszającymi państwo i jego funkcjonariuszy.

Kuriozalne były wypowiedzi rzeczniczki Stadionu Narodowego czy Lecha Poznań, że w zasadzie tegoroczne zadymy były sukcesem, bo przecież w zeszłym roku wniesiono dużo więcej rac. W Tychach z kolei po każdej zadymie prezes Tyskiego Sportu publikuje patetyczne komunikaty z cyklu „Stanowczo potępiamy…”, z których nic nie wynika.

W Tychach, z racji tego, że mamy pierwszoligową drużynę i stadion, zaistniało nowe, niepokojące zjawisko. Przyjeżdżają tu boiskowi chuligani z innych miast kraju, a nawet zza granicy. Mówi się, że na meczu GKS Tychy – Ruch Chorzów burdę z wyrywanymi krzesełkami mieli wywołać m.in. kibice Ajaksu Amsterdam, którzy u siebie za podobne wybryki mają zakazy stadionowe. Do Tychów przyjechali wraz z zaprzyjaźnionymi z GKS-em fanami Cracovii Kraków. Natomiast podczas ostatniej „ustawki” (bijatyki) pomiędzy pseudokibicami GKS Tychy i GKS Katowice na Skwerze Niedźwiadków, katowiczan wspierali czescy fani Banika Ostrawa. To w ich samochodzie policja znalazła maczety.

Dlaczego ta pseudokibicowska turystka jest możliwa? Bo w macierzystych krajach owych turystów prawo jest bezwzględnie egzekwowane. Nie ma tam cichych przyzwoleń i przymykania oka.

Felieton ukazał się w papierowym wydaniu „Nowego Info” – nr 11 z 29.05.2018 r.

Dodaj komentarz