Uczulenie prezydenta Tychów na mieszkańców

0
Andrzej Dziuba, prezydent Tychów; fot. ZB

Uczulenie prezydenta Tychów na mieszkańców. Najwyższym stadium degeneracji każdej władzy pochodzącej z wyborów jest wyobcowanie ze środowiska, w którym władza ta, w imieniu tegoż środowiska, jest sprawowana. W przypadku włodarzy gmin alienacja taka ma czasami groteskowe objawy uczulenia na mieszkańców.

Z biegiem lat mieszkańcy traktowani są jak tubylcy, których jedyną racją istnienia powinno być oddawanie co jakiś czas głosu w samorządowych wyborach. W zamian mogą liczyć oczywiście na mniejsze lub większe paciorki w postaci np. placów zabaw, festynów czy nawet parku wodnego, ale nadzieja na gremialne spotkanie z przedstawicielem władzy wybranej w powszechnych wyborach zakrawa już na jawną zuchwałość. Przynajmniej w Tychach.

Być może jawi się to dzisiaj jak legenda, ale były w Tychach czasy, gdy prezydent, jego zastępcy, naczelnicy wydziałów, nie mówiąc już o radnych z przewodniczącym Rady Miasta na czele, spotykali się z tyszanami nie tylko z okazji dożynek. Zabrzmi to niewiarygodnie, ale w latach 90. prezydent Tychów organizował regularne spotkania z mieszkańcami poszczególnych osiedli. I to on, z całą swoją samorządową świtą, jeździł do nich. Takie robocze spotkania odbywały się, co warto podkreślić, po godzinach pracy, najczęściej w szkołach. Władza robiła co mogła, aby zachęcić tyszan do wzięcia udziału w takich zebraniach. Cieszono się, gdy frekwencja dopisywała, choć były to rzadkie przypadki. Często na sali większość stanowił prezydent ze swoimi współpracownikami. Nie zniechęcało go to. Każdy z przybyłych mógł zabrać głos, pochwalić, zganić, zażądać wyjaśnień, nawet w rzeczach oczywistych. Tematy były bardzo prozaiczne i powtarzały się we wszystkich osiedlach (zła jakość dróg, chodników, oświetlenia, bezpieczeństwo itp.), ale władza cierpliwie słuchała, ba, notowała, tłumaczyła, przyjmowała do realizacji i nie obrażała się, jeśli któryś z bardziej krewkich dyskutantów niesprawiedliwie ją skrytykował. Tak było w pierwszej kadencji tyskiego samorządu lokalnego.

Przypomniało mi się to, gdy usłyszałem miesiąc temu o sensacyjnej wiadomości: obecny prezydent Tychów Andrzej Dziuba, poufnie zapowiedział swój przyjazd do Rady Osiedla Czułów, ale gdy ta niespotykana wieść rozniosła się lotem błyskawicy i czułowianie chcieli zjawić się na spotkaniu – by zobaczyć na własne oczy, jakby nie było, osobę, która w ich imieniu sprawuje władzę – zebranie to odwołano z powodu zapowiadającej się bardzo wysokiej frekwencji.

Wzruszeniu czułowian na wieść, że oto sam pan prezydent Tychów ma do nich zawitać, trudno się dziwić. Wielu zwątpiło w to, że zobaczą go tu jeszcze kiedykolwiek i będą mogli porozmawiać jak równy z równym na trudne tematy. No cóż, ludzie sami są sobie winni. Okazuje się bowiem, że według znacznie wcześniejszego rozeznania władz miasta, mieszkańcy Czułowa na takim spotkaniu mogliby wytworzyć niemiłą dla prezydenta atmosferę. A to przecież nie do pomyślenia, aby pochodzący z demokratycznych wyborów włodarz miasta na taki psychiczny dyskomfort mógł być narażony, nawet hipotetycznie.

To był dopiero pierwszy akt groteski. Drugi rozpoczął się, gdy prezydent Tychów, zamiast spotkać się w Czułowie, zaprosił kilku przedstawicieli tego osiedla do siebie, do ratusza. Może i nie byłoby w tym nic dziwnego, ale spotkanie było tak tajne, że nie wiedziała o nim nawet rzecznik prasowa UM Tychy. Ba, nie tylko nie wiedziała, ale nawet jakiś czas później nie potwierdziła, że się ono w ogóle odbyło. A odbyło się jak najbardziej (nawiasem mówiąc rozmawiano o problemie z placem zabaw przy ul. Zwierzynieckiej).

Taki sposób postępowania prezydenta Tychów z mieszkańcami miasta daleko odbiega przynajmniej od teoretycznej normy sprawowania władzy samorządowej. Być może prezydent nie jest tego świadom, ale jego działania w tej materii przypominają aktywność obronną alergika, który stara się jak tylko może unikać alergenu. W ten sposób osoby podatne na pyłki roślin robią wszystko, aby nie przebywać w miejscu intensywnego pylenia, a prezydent Tychów, wybrany przez mieszkańców, unika miejsc, gdzie mieszkańcy owi mogliby występować w zbyt intensywnym stężeniu.

Dawki tyszan, które jednak aplikuje sobie od czasu do czasu prezydent miasta, są reglamentowane i odpowiednio dobrane pod względem liczebności i temperamentu. No i rozłożone w czasie. Z medycznego punktu widzenia przypomina to szczepionkę. Nie może przecież być zbyt silna, bo wywoła skutek odwrotny od zamierzonego. Zawsze jednak i tak pod ręką trzeba mieć jakieś antidotum.

Z takim przypadkiem mieliśmy do czynienia ostatnio na sesji Rady Miasta Tychy, która odbyła się 28 września. Otoczenie prezydenta zadbało, by zaraz po dawce mieszkańców, którzy najpierw demonstrowali przed Urzędem Miasta Tychy, domagając się darmowych biletów dla wszystkich tyskich uczniów, a później ich przedstawiciel zabrał na sesji głos w tej sprawie, zaaplikować odtrutkę w postaci długich, szczerych, publicznych podziękowań wyrażonych pod adresem władz miasta przez miłych przedstawicieli klubu „Ronin”. Wcześniej, na sali sesyjnej, ponad godzinę trwała batalia, by antidotum to zaaplikować prezydentowi natychmiast po pikietujących alergenach.

 

Dodaj komentarz