40 lat temu tyszanie bohatersko stanęli w obronie krzyża

0
Czuwanie przy odbudowanym krzyżu, kwiecień 1979 r.; źródło Muzeum Miejskie w Tychach

40 lat temu tyszanie bohatersko stanęli w obronie krzyża. Dzisiaj (23 kwietnia) mija dokładnie 40 lat od spontanicznego buntu mieszkańców Tychów, którzy bohatersko stanęli w obronie kamiennego krzyża przy obecnej ul. Stefana Grota-Roweckiego. Krzyż zburzyli komuniści. Nie pasował im do koncepcji świętowania 1 maja 1979 r. Mimo realiów totalitarnego państwa, reakcja tyszan na ten akt profanacji była tak gwałtowna, że władze miasta wpadły w popłoch i czym prędzej, w nocy, krzyż odbudowano.

Krzyże kamienne stojące przy drogach nazywane są Bożymi Mękami. Jeden z nich ufundowany został w 1887 r. przez małżonków Jakuba i Mariannę Czardybonów. Wzniesiono go w miejscu, gdzie rozwidlały się dwie drogi prowadzące z Tychów do Paprocan.

Krzyż nikomu nie wadził. Ale przyszły czasy PRL-u z dyktaturą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, czyli komunistycznej partii w Polsce. Za sprawą rozbudowy miasta, kamienny krzyż stał teraz przy szerokiej ulicy, której patronem był Feliks Dzierżyński. Ulica ta była jedną z najważniejszych tyskich arterii, bo właśnie tu 1 maja stawiano trybunę honorową, przed którą defilowali uczestnicy pochodów. Mimo to przez długi czas komuniści nie odważyli się podnieść ręki na ten krzyż. Aż nadszedł pamiętny dzień 23 kwietnia 1979 r.

Artykuł na stronie umtychy.pl („W obronie krzyża – 30. rocznica wydarzeń”; data publikacji: 20.04.2009 r.) przytacza kronikarski opis wydarzeń z 23 i 24 kwietnia 1979 r. sporządzony przez Marię Lipok-Bierwiaczonek, dyrektor Muzeum Miejskiego w Tychach: „Jest rok 1979, kwiecień. W Tychach, tak jak w całym kraju, trwają przygotowania do 1 Maja. W tym miejscu, przy ulicy Dzierżyńskiego (obecna ul. Grota-Roweckiego), dnia 23 kwietnia 1979 roku, po południu, pojawił się ciężki sprzęt budowlany i ekipa robotników. Ku zaskoczeniu przechodniów rozpoczęto rozbiórkę starego kamiennego krzyża stojącego wśród kasztanowców. Poruszony dźwigiem krzyż rozłamał się na kilka części. Podniosły się okrzyki sprzeciwu. Szybko zebrał się tłum. Zablokowano ciężarówkę, na którą załadowano już kamienne części krzyża. Robotnicy porzucili pracę. Tłum gęstniał. Rozlegały się okrzyki wrogie komunistycznej władzy. Na pustym cokole pojawił się wieniec. Przyszli zaalarmowani księża.

W tym czasie w siedzibie Komitetu Miejskiego PZPR przy alei Rewolucji Październikowej (obecna Szkołą Muzyczna przy al. Niepodległości) trwała gorączkowa narada. To tam podjęto wcześniej decyzję o rozbiórce krzyża, który przeszkadzał w scenerii pochodów pierwszomajowych przechodzących od lat ulicą Dzierżyńskiego, przed ustawioną tam trybuną honorową. Komunistyczna władza nie spodziewała się, że tyszanie zareagują tak gwałtownie. Dla uspokojenia sytuacji, w popłochu, podjęto decyzję o natychmiastowym odbudowaniu krzyża. Jeszcze tej samej nocy, pod kontrolą tłumu, nieopuszczającego miejsca zdarzenia, przy świetle reflektorów ciężarówek, rozpoczęto szybkie składanie i naprawę rozbitego obiektu. Rano zabytkowy krzyż stał znów w pierwotnym miejscu, ale ludzie pilnowali go nadal. Spontaniczne manifestacje trwały kilka dni.”

Jeszcze w 1991 r. udało mi się dotrzeć do Konrada Marszałkiewicza, obrońcy krzyża, uczestnika tamtych wydarzeń. Był już emerytem (pełnił służbę kościelnego przy świątyni św. Jana Chrzciciela w Tychach), ale wcześniej pracował jako cieśla w Kombinacie Budownictwa Ogólnego GOP Południe w Tychach, a właśnie temu przedsiębiorstwu komuniści powierzyli haniebne zadanie usunięcia krzyża.

Miejsce po zburzonym krzyżu; po prawej stronie, w kapeluszu Konrad Marszałkiewicz; kwiecień 1979 r.; źródło: Muzeum Miejskie w Tychach

Mój wywiad z Konradem Marszałkiewiczem opublikowany został w „Głosie Tyskim” (piśmie związkowym „Solidarności”) nr 1 i 2 z lipca i sierpnia 1991 r. Pamiętam, że jeszcze wówczas, czyli ponad 12 lat od sprofanowania kamiennego krzyża, mój rozmówca nie mógł o tym mówić bez emocji.

– Panie, jak ludzie zobaczyli ten sponiewierany krzyż, to coś takiego w nich wstąpiło, że gdyby nie księża, to nie wiem do czego by doszło! – z pasją opowiadał Konrad Marszałkiewicz. – A i tak ludzie krzyczeli na księży (tak, na księży), że żadnych ustępstw! Jeśli natychmiast krzyż nie zostanie odbudowany, to pójdą i rozwalą partię i milicję! Krzyż musi być, i to już!

Dla pana Marszałkiewicza wszystko zaczęło się dwa, trzy dni przed 23 kwietnia 1979 r. Usłyszał wówczas od kolegi, który pracował w przedsiębiorstwie Zieleni Miejskiej, że partyjni chcą przenieść krzyż w okolice Szkoły Podstawowej nr 11, bo przy ul. Dzierżyńskiego, to im zawadza.

– Jak to przenieść? Z drzewami? Nie chciało mi się w to wierzyć, bo kto śmiałby zrobić coś takiego, ale później pomyślałem, że po nich można się wszystkiego spodziewać – wspominał mój rozmówca. – Dlatego zacząłem bacznie obserwować krzyż. Akurat kończono budowę supersamu. Ruch w okolicy krzyża był więc duży: układano chodniki, krawężniki, zakładano zieleńce. Kiedyś, przechodząc obok szkoły nr 11, zauważyłem szalunek, a że akurat miałem ze sobą „calówkę” – wymierzyłem go. Pasował akurat pod fundament krzyża z ul. Dzierżyńskiego. Było to 22 kwietnia. Wiedziałem już, że chcą przenieść krzyż.

Dlatego gdy nastał dzień 23 kwietnia Konrad Marszałkiewicz, jak usłyszałem, obserwował Bożą Mękę przy ul. Dzierżyńskiego „od samiutkiego rana”.

– Pamiętam, pogoda była słoneczna – kontynuował swoją relację mój rozmówca. – Ruch wokół krzyża był duży, ale nikt Bożej Męki na razie nie ruszał. Jeszcze myślałem, że się nie ośmielą, bo zbliżała się godzina dziewiąta i coraz więcej ludzi było na ulicy, aż tu patrzę, i co widzę? Niedaleko krzyża stoi trzech ludzi, tak jakby z boku, że to niby przechodnie, a cały czas patrzą na krzyż i zaraz potem rozglądają się na boki. Wiedziałem już, że będą krzyż usuwać, bo rozpoznałem wśród tych trzech, takiego jednego. Nazywał się C.S. Panie, jak on przeszkadzał kościołom, to i Belzebub by się za niego nie powstydził!

Niedługo potem rozpoczęto usuwanie kamiennego krzyża, nie przejmując się przechodzącymi obok ludźmi.

– Z początku słychać było jak obtłukują kamień i ścinają konary drzew stojących wokół krzyża. Rozerwali i zniszczyli płotek wokół niego – wspominał pan Konrad. – Później pod krzyż podjechał dźwig, stał tam już samochód ciężarowy z opuszczona burtą, a wokół krzyża uwijało się czterech ludzi. Poznałem ich wszystkich – byli to pracownicy KBO, zostali kupieni do tej roboty za 8 tys. złotych do podziału na czterech i wódkę dla wszystkich. Wiem o tym, bo rozmawiałem z nimi już po wszystkim.

Dźwig, który zaparkował przed krzyżem, nagle odjechał. Dysponentem tego sprzętu, jak usłyszałem od Konrada Marszałkiewicza, był kierownik w KBO. Uznał nagle, że potrzebny jest dźwig silniejszy, ale później różnie mówiono. Pojawiła się wersja, że dysponent specjalnie tak powiedział, aby w ostatniej chwili wykręcić się od tej pracy. Z relacji mojego rozmówcy wynikało, że około godziny jedenastej przyjechał duży dźwig z nowym kierownikiem i operatorem. Przy Bożej Męce stali czterej ochotnicy z KBO (wszyscy podpici) i kierowca ciężarówki, na którą zamierzano załadować krzyż. Nowy kierownik nie miał żadnych skrupułów. Kazał założyć liny na dolną część postumentu. Tak też zrobiono. Nikt nie zwracał uwagi na to, że jeśli pociągną krzyż do góry, to tak jakby człowieka pociągnęli za stopy, wiadomo – upadnie.

– Kierujący robotą kazał podnieść krzyż – Konrad Marszałkiewicz nagle ściszył głos. – Lina się naprężyła. Cały postument drgnął, podniósł się nieco, a potem runął w dół, rozpadając się na części. Pamiętam jak dziś: cztery części postumentu i krzyż leżały uwalane w ziemi i kurzu, jak na jakimś wysypisku śmieci. Zrobiło mi się tak jakoś, że trudno opisać. Zobaczyłem wtedy, że nie jestem sam, że wokół stoją ludzie i też jakby oniemieli ze wzburzenia. Wszyscy patrzyli jak urzeczeni na ten sponiewierany krzyż i czuło się wyraźnie, że na samym patrzeniu się nie skończy. Ktoś tam już coś krzyczał, a kierownik, jak gdyby nigdy nic, zarządził, aby ładowano szczątki krzyża na samochód ciężarowy. Nie dokończono tej roboty. Ludzie nie pozwolili.

Wypadki potoczyły się błyskawicznie. Większość zaangażowanych w usuwanie krzyża wyczuła narastającą wrogość tłumu i czym prędzej zeszła ludziom z oczu. Dostało się kierowcy ciężarówki (został trafiony kamieniem). W ciężarówce, jak usłyszałem, przebito opony. A co z kierownikiem robót?

– Pogoniliśmy go – relacjonuje K. Marszałkiewicz. – Uciekał jak zając przed wilkami. Schronił się w budynku KBO pod opiekę tajniaków, skąd bał się wychylić nos, i słusznie. Panie, z ludźmi stało się coś takiego, że jakby go złapali, to nie wiem jakby się to skończyło.

Na miejscu, gdzie jeszcze niedawno stał krzyż pojawił się wianek, położyli go jacyś młodzi ludzie. Tego co położył wianek później zabrała milicja. Kobiety zaczęły się modlić, tłum gęstniał. Przyszli księża. Starali się łagodzić sytuację, uspokajać ludzi, ale szło im ciężko. Nie pomogły nawet przekazane przez kapłanów zapewnienia komunistycznych władz miasta, że krzyż zostanie odbudowany. Nikt nie wierzył komunistom. Ludzie uspokoili się nieco dopiero wtedy, gdy księża przekazali im przyrzeczenie władz, że krzyż odbudowany zostanie natychmiast. Zapadał zmierzch. Tłum się nie rozchodził, a nikt w KBO nie wychodził do odbudowy.

Nocne odbudowywanie krzyża pod kontrolą zbuntowanych tyszan, kwiecień 1979 r.; źródło: Muzeum Miejskie w Tychach

– Teraz, po tym zamieszaniu, nie można było znaleźć nikogo, kto ośmieliłby się podejść do krzyża i odbudowywać go, bo ludzie od razu wiedzieliby, że ten co teraz odbudowuje, to trzyma z tymi co zburzyli – mówił pan Konrad. – Nie było rady, do odbudowy krzyża przystąpił dyrektor KBO, naczelny inżynier KBO i przyszły pierwszy sekretarz PZPR w KBO. Zresztą jedynie ten ostatni znał się na robocie, bo był murarzem. Dyrektor i naczelny inżynier pomagali mu. Prace nad odbudową ukończono, jak słyszymy, o godzinie pierwszej w nocy następnego dnia. Robotę cały czas obserwowali ludzie. Niektórym żal robiło się dyrektora, bo musiał wysłuchiwać podczas pracy skierowanych pod swoim adresem różnych uwag. A trzeba powiedzieć, że ludzie go nie oszczędzali. Wiedzieli, że to jego przedsiębiorstwo zniszczyło krzyż. Po dyrektorach trzeba było poprawiać. Zrobić tak, jak należy. Zajęliśmy się później tą robotą z murarzem Kazimierzem Winiarskim.

Jednym z księży interweniujących pod krzyżem był ks. Franciszek Resiak. Między innymi i tę historię opisał w swojej niedawno wydanej książce „Moje parafie – moje życie. Opowieść kapłana”. Czytamy tam m.in. „Krzyż miał być przeniesiony w pobliże wykopu przy ul. Bielskiej. Pierwszą osobą, która zareagowała na zniszczenie zabytku była kobieta, która położyła się pod koła samochodu, by nie dopuścić do wywozu krzyża […]. Ktoś telefonicznie poinformował mnie o dokonanej profanacji. Byłem wtedy proboszczem w Paprocanach. Szybko skontaktowałem się z dziekanem ks. E. Świerzym i obaj przybyliśmy na miejsce, by uczestniczyć w spontanicznym nabożeństwie. Głosiliśmy słowo Boże, łagodząc wielkie wzburzenie. Na uspokojeniu nastrojów zależało też ks. biskupowi Herbertowi Bednorzowi. Blisko zburzonego krzyża stali nietrzeźwi prowokatorzy. Jednego rozpoznałem nieco później jako mojego żwakowskiego parafianina. Z ks. dziekanem określiliśmy liczbę obrońców krzyża na około pięć tysięcy, natomiast władze (MO i SB) podały liczbę piętnastu tysięcy protestujących”.

Jak odniosły się do tych wydarzeń władze partyjne? I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR był wówczas Zdzisław Grudzień. Jego reakcję w książce „Cysorz” opisał Michał Smolorz:

„Grudzień dostał ataku furii – bynajmniej nie nakierowanej na idiotę, któremu ten pomysł [usunięcie krzyża – przyp. ZB] wpadł do głowy (bo przecież skutki były do przewidzenia), ale na >>ten przeklęty motłoch, pełny ciemniactwa i zacofania<<. Zadziałał błyskawicznie, wymyślając rzecz we własnym mniemaniu genialną: już następnego dnia (było to dwa dni przed pochodem pierwszomajowym) polecił zorganizować przez cale Tychy >>uroczysty przemarsz młodzieży<<. Tak też się stało.

Ze wszystkich podstawowych i średnich szkół spędzono (jak czytamy w „Cysorzu”) w trybie pilnym uczniów i nauczycieli, którzy dostali transparenty z hasłem: „Partia z narodem – naród z partią”. Z transparentami tymi, jak czytamy, „maszerowali trzy razy wokół miasta”.

Trzydziestą rocznicę buntu w obronie krzyża upamiętniono w Tychach specjalną tablicą z napisem: „23 kwietnia 1979 roku komunistyczna władza nakazała demontaż zabytkowego kamiennego krzyża. Tyszanie spontanicznie zamanifestowali sprzeciw, przez kilka dni broniąc krzyża. Tablicę ufundowało miasto Tychy w 30. rocznicę wydarzeń”. Zobaczyć ją można na specjalnie wykonanej wybrukowanej ścieżce przed krzyżem przy ul. Grota-Roweckiego (dawniej Dzierżyńskiego). 23 kwietnia 2009 r. tablicę tę uroczyście odsłonili prezydent Tychów Andrzej Dziuba z Marią Ziober –uczestniczką tamtych historycznych wydarzeń (apelowała, by nigdy nie zapominać o krzyżu). Tablicę poświęcił ks. dziekan Józef Szklorz.

Dodaj komentarz