Dżokejka z Pszczyny nie boi się upadków

0
Monika Piech na zawodach (fot. archiwum M. Piech)

Monika Piech z Pszczyny konno jeździ od dwudziestu lat. Nie tylko jeździ, ale także skacze na koniu przez przeszkody jako zawodniczka Ludowego Klubu Jeździeckiego „Plessówka”. Obecnie ma na swoim koncie mistrzostwo i wicemistrzostwo Śląska w skokach przez przeszkody, zdobyte na koniu „Hetmanie”.

„Hetman” ma dziesięć lat. – Można powiedzieć jest w kwiecie wieku. Bo skakać koń może do dwudziestki – mówi Monika Piech, właścicielka „Hetmana”.

Monika zaczęła jeździć konno, gdy miała siedem lat. Pasją zaraził ją dziadek. Nie interesowała ją rekreacyjna jazda, ale skoki. Zaczęła więc czytać na ten temat, podpatrywać, próbować, szkolić się, wreszcie wygrywać zawody. Zaczynała od poprzeczek na wysokości 80 cm. Obecnie „Hetman” skacze na 1,30-1,40 m w czasie konkursów.

W sierpniu 2015 r. Monika Piech na „Hetmanie” zdobyła tytuł mistrzyni Śląska (zawody odbywały się w Bieruniu). Na zimowych mistrzostwach, odbywających się od 4 do 6 grudnia 2015 r. w Zbrosławicach, miała wicemistrzostwo. – Mieliśmy o trzy setne sekundy gorszy czas niż zdobywcy I miejsca – opowiada Monika. Zimą zawody odbywają się w hali. – Przyznam się, że ciężko brać udział w tych zimowych zawodach, bo nie mam hali do treningów, więc trudniej konia przygotować.  Gdy jest zamarznięte podłoże, koń nie będzie po tym skakał, bo to niebezpieczne – opowiada zawodniczka.

Dżokej jest za siebie pewny. Koń bywa nieprzewidywalny.  Może się wystraszyć –  wody, człowieka z parasolem czy błyśnięcia flesza. Zatrzyma się przed przeszkodą albo ją ominie. Wtedy są punkty karne, gorszy czas. Szanse na wygraną wtedy małe.

„Hetman” boi się na przykład dużego skupiska ludzi, ulicznego gwaru. Może dlatego, że kiedyś w drodze na zawody doszło do wypadku. Nic się nikomu nie stało, ale strach pozostał.  Na szczęście na zawodach potrafi się mocno skupić na zadaniu, które jest do wykonania.

W jeździeckiej karierze pani Moniki nie brakuje też upadków. – Ile? Nie jestem w stanie policzyć. Każdy jeździec musi spaść. Ale nie byłam nigdy połamana – opowiada Monika.

Monika Piech z córką Zuzią i Hetmanem (fot. Renata Botor)
Monika Piech z córką Zuzią i koniem Hetmanem (fot. Renata Botor)

Upadki zdarzają się czasem, bo koń ma „wesoły dzień”, więc bryka. – Jest jak dziecko. I albo się to wysiedzi, albo niestety ląduje – opowiada ze śmiechem dżokejka. Zwierzę miewa też swoje humory. Ostatnio na przykład wynikają z zazdrości o trzyletniego konia, który się pojawił w stajni pani Moniki.

Ale też „Hetman” potrafi być wyjątkowo odpowiedzialnym koniem. Gdy wyczuje, że jeździec już nie ma siły (czasami zmęczenie przychodzi już po 20 minutach), to koń potrafi świetnie przejąć inicjatywę. – Ratował mnie z wielu opresji w czasie skoków. Przeniesie przez przeszkodę mimo wszystko.

Na „Hetmana” było już wielu chętnych kupców. Pani Monika mówi, że nie sprzeda. – Zostanie dla mojej córki. Będzie profesorem – śmieje się właścicielka. Dla siedmioletniej córki Zuzi jazda konna to już codzienność. Pierwszy raz znalazła się na koniu, gdy miała pół roku. Od jesieni ma swojego hucuła, zwie się „Huragan”. Dziewczynka dba o niego, czyści, sprząta wokół, karmi. I na koniec dopiero jest przyjemność, czyli konna jazda.

Dodaj komentarz