Nauka nie całkiem poszła w las

0
Andrzej Dziuba, prezydent Tychów, na sesji Rady Miasta Tychy; fot. ZB

Andrzej Dziuba, prezydent Tychów, był we wtorek 4 czerwca br. w Gdańsku i złożył swój podpis obok zaprezentowanych tam 21 tez samorządowych. Stał się w ten sposób ich współautorem. Problem w tym, że dążenie do realizacji gdańskich postulatów to de facto żądanie zmiany Konstytucji RP, a więc działalność polityczna. Powstaje zatem pytanie, czy Andrzej Dziuba był w Gdańsku prywatnie (do czego miał prawo), czy jako reprezentant gminy (do czego prawa nie miał)?

Dodajmy od razu, że włodarz Tychów odmówił odpowiedzi na to pytanie, nie chciał też wyjaśnić, czy jadąc do Gdańska, korzystał z publicznych pieniędzy. Prezydent Tychów nie pierwszy raz ma problemy z oddzieleniem sfery prywatnej od publicznej, ale nauka sprzed 4 lat nie poszła (całkiem) w las.

Informacja o wyjeździe do Gdańska z okazji 30. rocznicy częściowo wolnych wyborów z 1989 r. ukazała się na oficjalnej stronie facebookowej prezydenta Tychów Andrzeja Dziuby. Na prezentowanych tam zdjęciach można zobaczyć m.in. podpis: „Andrzej Dziuba Tychy” złożony obok 21 tez (prezentujemy je w całości tutaj). Gdański dokument wyraźnie stwierdza, że sygnatariusze reprezentują mieszkańców, to znaczyłoby, że Andrzej Dziuba złożył swój podpis w imieniu wszystkich tyszan. O ile nam wiadomo, nie miał jednak takiego upoważnienia, dlatego zapytaliśmy prezydenta Tychów Andrzeja Dziubę, w czyim imieniu podpisał (a więc ogłosił) 21 tez. Prosiliśmy też o odpowiedź, czy podczas gdańskiego wyjazdu korzystał z pieniędzy publicznych, a jeśli osoby mu towarzyszące z takich pieniędzy korzystały, aby wymienił listę tych osób. Prezydent Dziuba odmówił udzielenia odpowiedzi.

Prezydent Tychów nie od dziś ma problemy z rozdzieleniem sfery prywatnej i publicznej. Cztery lata temu jego zaangażowanie w kampanię wyborczą prezydenta RP Bronisława Komorowskiego (ubiegającego się o reelekcję z poparciem Platformy Obywatelskiej) obnażyło w Urzędzie Miasta Tychy brak elementarnej wiedzy samorządowej [„Echo” nr 12 z 2015 r.]. Trzeba jednak przyznać, że nauka sprzed czterech lat nie poszła (całkiem) w las, czego efektem najprawdopodobniej jest złożenie 4 czerwca 2019 r. przez Andrzeja Dziubę podpisu pod gdańskimi tezami, ale bez użycia słów: „prezydent Tychów”. Przypomnijmy zatem ową pamiętną naukę utrwaloną w „Echu” (tam wówczas pracowałem).

W 2015 r. zdecydowanym faworytem w wyborach na prezydenta RP był Bronisław Komorowski. Sprzyjający mu prezydenci miast postanowili okazać gremialne wsparcie. W walentynki, w Katowicach, zorganizowali coś w rodzaju wiecu wyborczego. Podpisali na nim deklarację poparcia „Prezydenci dla prezydenta”. Nakręcono też film propagandowy. Powstały w ten sposób materiał był rozpowszechniany w mass mediach. W tej agitacji wyborczej na rzecz B. Komorowskiego czynny udział wziął m.in. Andrzeja Dziuba, prezydent Tychów.

Natomiast, według prawa, prezydent miasta to organ wykonawczy służący do kierowania bieżącymi sprawami oraz reprezentujący miasto na zewnątrz. Osoba sprawująca tę funkcję powinna zatem pamiętać, że jedynym zadaniem miasta jest zaspokajanie potrzeb mieszkańców. Wśród tych potrzeb statut gminy wymienia między innymi edukację, ochronę zdrowia, transport, ale nie ma tam ani słowa o działalności politycznej.

Ciekawy zatem byłem, czy osoby, które 14 lutego 2015 r. wzięły udział w katowickim wiecu wyborczym, miały jakikolwiek mandat, by posługiwać się tam tytułem prezydenta. Zapytałem o to m.in. prezydenta Andrzeja Dziubę.

– Nie będę udzielał „osobistej odpowiedzi” na pana pytania w tym temacie i każdym innym, w którym zwróci się pan o „osobistą odpowiedź” do mnie – odpowiedział 4 lata temu Andrzej Dziuba, prezydent Tychów.

Po jednym z moich artykułów sprawa uczestnictwa prezydenta Andrzeja Dziuby w wiecu wyborczym pojawiła się na sesji Rady Miasta Tychy. Prezydent Tychów musiał tłumaczyć się radnym. Utrzymywał, że jako prezydent miał prawo uczestniczyć w katowickim spotkaniu popierającym Bronisława Komorowskiego. Zdumiewającą informację otrzymałem z Urzędu Miasta Tychy, gdy zapytałem, czy Andrzej Dziuba, w związku z tym spotkaniem, korzystał z samochodu służbowego.

– Szanowny panie redaktorze, na pewno czytał pan deklarację obywatelską „Prezydenci dla prezydenta” – odpowiedziała rzecznik UM Tychy. – Z deklaracji tej jednoznacznie wynika, że została podpisana przez m.in. prezydenta miasta Tychy, czyli organ wykonawczy jednostki samorządu terytorialnego. Stosownie do art. 31 w związku z art. 11a ustawy o samorządzie gminnym, prezydent reprezentuje gminę na zewnątrz, a nie, jak pan sugeruje, mieszkańców gminy. Żaden przepis nie ogranicza prezydenta miasta w zajmowaniu stanowiska w istotnych z jego punktu widzenia sprawach. Reprezentując miasto na spotkaniu z prezydentem RP, prezydent korzystał z samochodu służbowego – informował UM Tychy.

Teza, że prezydent Tychów reprezentuje gminę, ale nie jej mieszkańców, wydała mi się na tyle rewolucyjna, że poprosiłem o komentarz prof. dr. hab. Czesława Martysza z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, współtwórcę ustawy o samorządzie gminnym. Profesor na wstępie wyjaśnił, że Konstytucja RP gwarantuje każdemu obywatelowi, jako osobie prywatnej (tzn. niezależnie od pełnionej funkcji m.in. w administracji rządowej czy samorządowej), prawo uczestniczenia w dowolnym, legalnym zgromadzeniu i wypowiadania się na dowolne tematy.

– Natomiast przywołanie art. 31 ustawy o samorządzie gminnym w przypadku katowickiego spotkania osób pełniących funkcje prezydentów miast z prezydentem RP, to jakieś nieporozumienie wynikające z nieznajomości istoty sprawy – zauważył prof. Martysz.

Gmina, jak usłyszałem, jest osobą prawną, a więc posiada zdolność sądową. Najogólniej rzecz ujmując oznacza to np. że może być pozywana przed sąd i sama może przed sąd pozywać. Organami gminy – o czym mówi art. 11a ustawy o samorządzie gminnym – są wójt (burmistrz, prezydent miasta) i rada gminy.

– Art. 31 ustawy o samorządzie gminnym głoszący: „Wójt kieruje bieżącymi sprawami gminy oraz reprezentuje ją na zewnątrz” oznacza jedynie, że tylko i wyłącznie wójtowi (burmistrzowi, prezydentowi) ustawa daje prawo reprezentowania gminy np. przed sądem, i to nie w każdej kwestii, ale jedynie w takiej, która wynika z kierowania bieżącymi sprawami gminy – wyjaśniał cierpliwie profesor Martysz. – Prawnie nazywa się to legitymacją procesową. Jeśli więc np. gmina pozwie do sądu rząd w sprawie przekazania niewystarczającej kwoty pieniędzy z budżetu państwa na realizację zadań z zakresu administracji rządowej, to w takiej sprawie, właśnie na podstawie art. 31, pozywającą gminę będzie reprezentował wójt, ale jeśli ten sam wójt zaproszony na wesele upije się tam i narozrabia, to stając przed sądem, nie będzie reprezentował gminy, bo biesiadowanie na weselach nie należy do zadań własnych gminy, a tym samym do nałożonego ustawą na wójta obowiązku kierowania jej bieżącymi sprawami.

Wójt (burmistrz, prezydent), jak usłyszałem od prof. Martysza, jako organ wykonawczy gminy, może zajmować stanowisko i podejmować decyzje tylko i wyłącznie w zakresie zadań gminy wyszczególnionych w ustawach oraz w statucie. W każdej innej sprawie, jako osoba prywatna, może skorzystać ze swojego konstytucyjnego prawa do wolności zgromadzeń i wypowiedzi.

– Natomiast twierdzenie, że wójt (burmistrz, prezydent) może reprezentować gminę, ale nie mieszkańców tej gminy, świadczy o zupełnej nieznajomości samorządowego prawa – informował profesor Czesław Martysz. – W ustawie o samorządzie gminnym, już w pierwszym artykule, wyraźnie stwierdza się bowiem, że „1.Mieszkańcy gminy tworzą z mocy prawa wspólnotę samorządową. 2. Ilekroć w ustawie jest mowa o gminie, należy przez to rozumieć wspólnotę samorządową oraz odpowiednie terytorium”. Inaczej mówiąc, nie ma gminy bez ludzi. Aby jakieś terytorium mogło stać się gminą, muszą przebywać na nim mieszkańcy. Są tu podmiotem. Dlatego twierdzenie, że jakiś prezydent reprezentuje gminę, a nie mieszkańców przyjąłem z najwyższym zdumieniem.

Zdzisław BARSZEWICZ

Artykuł ukazał się w papierowym wydaniu „Nowego Info” nr 14 z 9 lipca 2019 r.

 

Dodaj komentarz