Odkryte tajemnice bombowca zestrzelonego nad Bieruniem. Ostatnie chwile lotników

0
Szczątki jednego z radzieckich lotników odkryte w Bieruniu; fot. J. Jędrysik

Podsumowujemy jedno z najważniejszych odkryć archeologicznych dokonanych w 2020 r. w naszym regionie, a pewnie i w kraju. Odbiło się ono echem w USA i Rosji. W dniach 18-19 stycznia 2020 r. w Bieruniu odkryto fragmenty bombowca B-25 Mitchell, zestrzelonego nad miastem 19 stycznia 1945 r. przez Niemców. Samolot wchodził w skład eskadry Armii Lotniczej Związku Radzieckiego. Prawdziwą sensacją było natrafienie na szczątki członków załogi B-25. Bowiem z dokumentów wynikało, że w 1952 r. pilotów ekshumowano z miejsca katastrofy i pochowano na cmentarzu żołnierzy radzieckich w Pszczynie. Lokalni poszukiwacze i pasjonaci historii odnaleźli szczątki lotników dokładnie w 75. rocznicę zestrzelenia ich samolotu. Prezentujemy państwu fakty historyczne związane z tym feralnym lotem, wspomnienia świadków oraz szczegółowe efekty prac archeologicznych i badań z zakresu medycyny sądowej.

– Bardzo dobrze pamiętom tamten dzień, chociaż miałach niecałe sześć lot… Ojciec prawie położył mnie spać… A tu nagle straszny huk! Szyby wypadły z okien. Drzwi wejściowe z futrynami wcisnęło do środka domu. Tata mnie budzi. Pomago mi się ubierać. Zaspano chwieja się na łóżku i słysza, jak ojciec koże braciom i siostrze stować między odrzwiami (pod futrynami drzwi – przyp. aut.). Tata nie wiedzioł, czy czasem nie pojawią się inne samoloty, czy nie bydzie bombardowania… Według niego pod tymi odrzwiami było najbezpieczniej, bo na głowa mniej się bydzie sypać – wspomina jedna z bierunianek, która podczas wojny mieszkała przy dzisiejszej ul. Turystycznej, w bezpośrednim sąsiedztwie lasu Gołys.

– Poliło się już w lesie, widziałach wielki ogień, słyszeli my jak w pożarze strzelały naboje – mówi nasza rozmówczyni. – Wylecieli my z doma, żeby schować się w murowanej piwniczce. Do tej piwniczki przyleciały jeszcze obie ciotki z dziećmi. Kożdo swojego najmniejszego trzymała na rękach. Pamiętom, że niedługo po upadku samolotu pojawili się Niemcy, bo w pobliżu był skład amunicji. Żołnierze nawoływali się. „Hans, wo bist du?”, czyli „Hans, gdzie jesteś?” Te głosy Niemców słysza jakby to było dziś – dodaje nasza rozmówczyni.

***

Marta Wróbel na miejscu poszukiwań samolotu, 25.01.2020 r. fot. J. Jędrysik

– Wszyscy powychodzili z domów. Widziałach jak samolot nadlatywoł od strony kapliczki słupowej przy dzisiejszej ul. Bojszowskiej. Cały się już polił. Jak spodł w lesie, to był taki podmuch, że nom wszystkie szyby w oknach wyleciały. Była zima, to zatykali my te okna zogłówkami – wspomina Marta Wróbel, która w dniu katastrofy miała 9 lat.

Rozmawialiśmy z nią w czasie prac archeologicznych w lesie Gołys. Mimo podeszłego wieku, pani Marta przyjechała na miejsce na rowerze. – Tacy młodzi chłopcy zginyli i tak tu leżeli tyla lot… Jak mogli ich nie pochować? – dziwi się. – Dobrze, żeście ich znoleźli.

– Byłach tu po katastrofie. Po całym lesie leżały blachy. Amunicja strzelała przez pora dni. Słychać było: „puk, puk”, a jak trefił się jakiś mocniejszy nabój, to i huk był większy – mówi pani Marta.

– W 1945 r. mieszkała z nami lokatorka. Miała roczne dziecko. Spało w kołysce przy oknie. Jak rozbił się tyn samolot, to szyby okienne przywaliły kołyska, ale dziecku nic się nie stało. Boli my się, że maszyna spadnie na domy, ale Święto Panienka z kapliczki poprowadziła ją do tego lasu. Potem ludzie odnowili kapliczkę, bo nos uratowała – mówi Marta Wróbel.

Kapliczka słupowa przy ul. Bojszowskiej; fot. J. Jędrysik

***

Dzieje bombowca B-25 Mitchell zestrzelonego nad Bieruniem oraz jego załogi nigdy nie ujrzałyby w pełni światła dziennego i nie miałyby tak zaskakującego finału, gdyby nie długoletnie dociekania 53-letniego bierunianina Romana Golusa, emerytowanego górnika KWK Ziemowit.

Roman Golus w lesie Gołys, 19.01.2020 r.; fot. Dominik Gajda

– Tą historią żyję od dziecka. Po raz pierwszy opowiedział mi o niej tata. Wciągnęła mnie – mówi Roman Golus. – Z historycznymi poszukiwaniami jest jak z prowadzeniem śledztwa kryminalnego. Ponad 20 lat temu udało mi się dotrzeć do żyjących wówczas jeszcze świadków zestrzelenia samolotu. Na początku 1945 r. byli oni młodymi, ciekawskimi ludźmi. Kręcili się blisko biegu wydarzeń. Zebrałem ponad 20 relacji, niestety czasem wykluczających się. Ta historia układała się więc powoli, jak puzzle. Zrozumiałem, że kluczowe dla niej jest ustalenie konkretnej daty katastrofy – dodaje R. Golus.

Przełom dzięki zapiskom ministranta

– W końcu dotarłem do świadka, który datę zestrzelenia samolotu (19 stycznia 1945 r.) miał zapisaną w kalendarzyku z czasów dzieciństwa. Miał wtedy 11 lat. Był ministrantem. Kalendarzyk dostał od księdza, aby zapisywał sobie w nim, kiedy ma służyć do mszy św. Okazało się, że chłopak wykorzystywał go też jako swoisty pamiętnik – mówi Roman Golus.

Z pomocą rosyjskiego archiwum wojskowego bierunianinowi udało się ustalić, że 19 stycznia 1945 r. nad Bieruniem Niemcy zestrzelili North American B-25 Mitchell, średni bombowiec amerykański w służbie sił lotniczych ZSRR. Maszyny te były dostarczane przez Stany Zjednoczone dla Związku Radzieckiego w ramach umowy Lend-Lease (pomoc militarna USA dla aliantów). Radzieckie siły lotnicze po raz pierwszy użyły B-25 pod Stalingradem.

North American B-25 Mitchell – średni bombowiec amerykański; fot. Wikipedia

Bombowcem dowodził 23-letni lejtnant (porucznik) Aleksiej Boczin. Załoga składała się jeszcze z czterech lotników. Byli to: Nikołaj Fiodorowicz Korolew – drugi pilot, młodszy lejtnant, 21 lat; Georgij Iwanowicz Bander – nawigator, młodszy lejtnant, 21 lat; Michaił Fiodorowicz Szackij – strzelec – radiotelegrafista, sierżant, 19 lat; Władimir Andriejewicz Pulkow – strzelec pokładowy, młodszy sierżant, 18 lat. Ich maszyna należała do 4. Gwardyjskiego Korpusu Bombowego 18. Armii Lotniczej ZSRR.

Bombowiec B-25 Mitchell załogi lejtnanta Boczina, który został zestrzelony nad Bieruniem. Na zdjęciu maszyna z obsługą naziemną w bazie Umań, lato 1944 r.; fot. archiwum Romana Golusa

Feralny lot

19 stycznia 1945 r., ok. godz. 18.00 bombowiec B-25 wystartował z lotniska w rejonie Winnicy na Ukrainie. Wraz z prawie setką innych maszyn miał do pokonania 850 km. Tego dnia celem bombardowań był węzeł kolejowy w Morawskiej Ostrawie. Zmasowane naloty na obiekty militarne i przemysłowe miały sparaliżować niemieckie tyły.

Samolot B 25 Mitchell w służbie radzieckiej armii; fot. archiwum Romana Golusa

O godz. 18.03 porucznik Boczin zameldował do bazy o osiągnięciu pułapu wysokości lotu i dołączeniu do szyku. O godz. 19.00 kapitan Czepurko, dowódca całej formacji rozmawiał przez radio z Boczinem. Ostatnia odpowiedź porucznika brzmiała: „Słyszę dobrze. Wszystko w porządku”.

O godz. 20.30 pierwsze samoloty dotarły nad cel. Podczas bombardowania Morawskiej Ostrawy, które trwało do godz. 21.20, popsuła się pogoda. Niektóre maszyny zawróciły więc i wybrały cel zapasowy – Katowice.

Co dokładnie działo się z B-25 Boczina, nie wiadomo. Świadkowie, z którymi rozmawiał Roman Golus podawali, że pomiędzy godz. 21.00 a 22.00 samolot przelatywał nad Oświęcimiem. Potem w okolicy Chełmku skierował się na Ściernie, a następnie poleciał w kierunku Bierunia, zrobił pętlę, przeleciał nad Wzgórzem Chełmeczki i zaczął tracić wysokość nad lasem Gołys, w rejonie zabudowań bieruńskiej Kolonii.

Warkocz ognia

Świadkowie wspominali, że usłyszeli hałas, zobaczyli światła reflektorów i ciągnący za maszyną warkocz ognia (prawdopodobnie samolot tracił paliwo). B-25 pikując, spadł na las Gołys. Płonące paliwo spowodowało gwałtowny pożar w lesie. Od wysokiej temperatury strzelały pociski z taśm pokładowych karabinów maszynowych. Ludzie wspominali też o potężnej eksplozji. Czy były to bomby z pokładu samolotu? Raczej nie, o czym później.

Podmuch spowodowany przez wybuch miał swoje skutki. Po pierwsze ugasił szalejący pożar. Po drugie zmniejszył ryzyko eksplozji niemieckiego składu amunicji rozciągającego się od lasu Gołys po Zakłady Chemiczne „Lignoza”. Wartownik, który pilnował tego arsenału w ostatniej chwili uratował życie, chowając się w rowie. Przysypała go jednak piaszczysta ziemia. To jego szukali koledzy, wołając: „Hans, wo bist du?”. Te właśnie nawoływania słyszała mieszkanka Bierunia, z którą rozmawialiśmy. Wreszcie, po trzecie – niewykluczone – że podmuch wybuchu przyczynił się do śmierci jednego z radzieckich lotników.

Losy załogi

Kiedy samolot był jeszcze w powietrzu, na bieruńskim niebie pojawiły się dwie czasze spadochronów. Świadkowie opowiadali Romanowi Golusowi, że jeden z członków załogi zahaczył spadochronem o wysoki dąb rosnący w pobliżu kapliczki słupowej przy ul. Bojszowskiej. Próbował szarpać linki, żeby się uwolnić. Nie udało się. Zabił go podmuch eksplozji rozbitej maszyny albo zastrzelili go wspomniani niemieccy wartownicy.

– Relacjonowano mi, że nazajutrz po katastrofie ciało pilota nadal wisiało na drzewie. Kiedy Niemcy je zdjęli, można było dostrzec, że Rosjanin miał ranę głowy – mówi Roman Golus. Parę metrów od tej kapliczki leżało ciało drugiego z lotników. Miał poważne obrażenia nóg, co wskazywać mogło na to, że jego spadochron nie otworzył się w pełni. Kolejne dwa ciała członków załogi odnaleziono we wraku bombowca.

Uratował się jedynie porucznik Aleksiej Boczin, dowódca B-25 Mitchell. On wyskoczył ze spadochronem wcześniej, kiedy maszyna znajdowała się nad Ścierniami. Wylądował cały, ale od razu trafił do niewoli. Wpadł w ręce niemieckich żołnierzy z kolumny marszowej, która wycofywała się z Oświęcimia w kierunku Mikołowa. Do dalszych losów Boczina jeszcze wrócimy.

Czterech poległych lotników pochować mieli niemieccy żołnierze we wspólnej mogile tuż przy rozbitej maszynie. Z zachowanych dokumentów m.in. bieruńskiej parafii wynika, że 23 marca 1952 r. ciała ekshumowano i przeniesiono na cmentarz żołnierzy radzieckich w Pszczynie.

Messerschmitt czy bateria przeciwlotnicza?

W jakich okolicznościach zestrzelono B-25 Mitchell nad Bieruniem? Tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Roman Golus wyjaśnia, że kiedy bombowiec pojawił się nad Oświęcimiem, to potencjalnie wycelowanych było w niego ok. 200 luf dział baterii przeciwlotniczych. W rejonie miasta rozlokowanych było 14 baterii.

Według bierunianina, B-25 prawdopodobnie został zestrzelony przez niemiecką baterię przeciwlotniczą w Przecieszynie (gmina Brzeszcze). – Chociaż dowódca Aleksiej Boczin, w swoim raporcie napisał, że jego bombowiec trafiony został przez myśliwiec messerschmitt 109. Jednak tego nie potwierdzają m.in. relacje pozostałych radzieckich załóg – twierdzi R. Golus.

Z kolei Olaf Popkiewicz, archeolog, znawca broni, biegły z ramienia Instytutu Pamięci Narodowej, prowadzący program telewizyjny „Poszukiwacze historii” natrafił na niemiecki dziennik zestrzeleń z 19.01.1945 r. potwierdzający, że w tym dniu myśliwiec Luftwaffe trafił nad Bieruniem samolot radziecki.

Niewykluczone też, że obaj panowie mają rację. Być może podczas ucieczki przed messerschmittem radziecką maszynę dodatkowo ustrzeliło działo flak 88 z baterii przeciwlotniczej.

Teza dotycząca zestrzelenia B-25 przez myśliwca ma słaby punkt. Powiedział nam o nim sam Olaf Popkiewicz: – W niemieckich raportach jest zapis o zestrzeleniu radzieckiego bombowca nad Bieruniem. Wprawdzie dotyczy ono iła-4, a nie B-25, ale pamiętajmy, że była noc. Oba samoloty są podobne. Niemiecki pilot mógł się pomylić w raporcie. Z kolei artyleria niemiecka mogła odnotować to zestrzelenie jako swoje. Przecież kiedy działa biły, samolot spadł.

***

Po przejściu styczniowego frontu w 1945 r. części bombowca B-25 Mitchell jeszcze długo zalegały w lesie Gołys. Wojenna bieda skłoniła okoliczną ludność do maksymalnego ich wykorzystania. – Ludzie zabierali wszystko, co mogło się przydać. Szczególnie cenne były blachy aluminiowe z poszycia maszyny. Łatano nimi dziury na dachach, przerabiano na garnki, skrzynie… Przydały się też śruby i inne elementy z mechanizmów maszyny – mówi Roman Golus.

Łyżka i zegarek

Do dziś zachowały się cenne detale. Na przykład stalowa łyżka z wygrawerowanym napisem „USA MD”. Stanowiła ona część zasobnika obiadowego dla pilotów, w które wyposażano amerykańskie maszyny. Przez lata jedzono nią obiady w jednym z bieruńskich domów.

Orząc pobliskie pole, rolnik natrafił na pedały sterowania samolotu. Jednak najciekawszy artefakt odkryły miejscowe dzieci. Latem 1945 r., kiedy zbierały jagody pod owym dębem, na którym spadochronem zaczepił się radziecki pilot, znalazły zegarek na pasku z brązowej skóry. Działa on do dziś. Czy należał do lotnika?

Z czasem o katastrofie świadczyło jedynie punktowe obniżenie terenu – zarys leja w miejscu, w które wbiła się maszyna. Wokół porosły drzewa. Jednak o zestrzeleniu samolotu nie zapomniano. Mieszkańcy przekazywali sobie mniej lub bardziej wiarygodne opowieści.

Szpieg w garniturze?

O jednej z takich historii, której nie można potwierdzić ani jej zaprzeczyć mówił nam Roman Golus. Wedle niej na pokładzie samolotu, oprócz stałej załogi, był ktoś jeszcze. Po zestrzeleniu B-25, w rejonie wspominanej już kapliczki słupowej natrafiono na ciało mężczyzny, który pod lotniczym skafandrem miał… garnitur. Zwłoki rewidować miał osobiście ówczesny niemiecki burmistrz Bierunia. W kieszeni mężczyzny znalazł on plik marek niemieckich. Ciało w asyście policji odwieziono na furmance w kierunku centrum miasta.

Co elegancko ubrany człowiek z grubszą gotówką robił w bombowcu? Może był to agent, który przy okazji nalotu miał być zrzucony w określonym miejscu do wykonania jakiegoś zadania specjalnego?

***

Roman Golus nadal przeszukiwał m.in. niemieckie i rosyjskie archiwa. Miał determinację, żeby w końcu odkryć wszystkie tajemnice zestrzelenia maszyny w lesie Gołys. Miał też intuicję…

Wtedy na jego drodze pojawił się Arkadiusz Dominiec, właściciel Muzeum Śląskiego Września 1939 r. w Tychach i firmy szyjącej historyczne mundury, współorganizator rekonstrukcji Bitwy Wyrskiej, członek Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej „73 pułk piechoty”. Do tego duetu dołączył inny członek stowarzyszenia – bierunianin Ryszard Sapek. Zapadła decyzja, aby profesjonalnie przeszukać miejsce, w którym rozbił się bombowiec.

Poszukiwania rozpoczęte

Po uzyskaniu stosownych zezwoleń przez muzeum Arkadiusza Domińca, w sobotę 18 stycznia 2020 r. rozpoczęła się eksploracja miejsca zestrzelenia. Wspomniany już Olaf Popkiewicz, który ma uprawnienia do prowadzenia prac archeologicznych, pokierował przebiegiem robót. Towarzyszył mu Sebastian Witkowski, z którym w telewizji Polsat Play prowadzi program pt. „Poszukiwacze historii”.

O świcie w lesie Gołys pojawiła się koparka, której operatorem był Adam Sapek oraz grupa około 30 poszukiwaczy i lokalnych pasjonatów historii, m.in. ze Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej „73 pułk piechoty” i Stowarzyszenia „Husaria” z Mysłowic. Na miejscu byli obecni także dziennikarze „Nowego Info”.

Ekipa poszukiwawcza; fot. J. Jędrysik

Najpierw koparka ściągnęła wierzchnią warstwę ziemi, aby odkryć właściwy poziom robót ziemnych. Okazało się, że przez lata do leja utworzonego po katastrofie ludzie wrzucali śmieci. Ale nawet wśród nich trafiały się cenne historycznie rzeczy, m.in. butelki browaru tyskiego z lat 30.

Od początku niemal każda łyżka lub łopata piaszczystego gruntu przeszła przez drobne sito, aby nie przegapić nawet najmniejszego artefaktu. Tutaj nieoceniona okazała się wspomniana ekipa, która pracowała za pomocą wykrywaczy metali, łopat i… rąk.

Pociski i łuski

Pierwsze na stole przeznaczonym na znaleziska pojawiły się pociski i łuski z pokładowych karabinów maszynowych browning o kalibrze pół cala (ok. 13 mm). Rozdarte, poskręcane… Wokół nich zardzewiałe pierścienie. To pozostałości po taśmie, w których się znajdowały. To wystrzały tej amunicji słyszeli świadkowie. Wystrzeliła, bo zadziałała na nią wysoka temperatura płonącego wraku.

Wykrywacze metalu pikały prawie cały czas. Po około trzech godzinach wyciągnięto pierwsze, niewielkie elementy aluminiowego poszycia bombowca. W wyniku procesu utleniania metal ten miał charakterystyczny biało-błękitny nalot. Na niektórych kawałkach widać było oliwkowy kolor farby, którą pomalowany był B-25 Mitchell.

Koleje znalezisko – trójkątny kawałek rozbitej szyby z kokpitu. Amerykanie produkowali je z pleksiglasu. Zaraz potem fragment ramki ze stolika radiotelegrafisty i jakaś wiązka kabli. Znaleziono metalowy element, ale pokryty oryginalną czarną farbą.

– Mam nadzieję, że po umyciu i zakonserwowaniu tych elementów pokażą się na nich jakieś napisy lub sygnatury. To ułatwi identyfikację – mówił Arkadiusz Dominiec. Jedna z kolejnych blach napisy miała aż nadto wyraźne. To powtarzający się, wykonany czerwoną farbą napis „24ST-PC”.

Pasy pilotów

Już po południu natrafiono na fragmenty pasów zabezpieczających pilotów lub mocujących jakieś wyposażenie maszyny, a także na fragment tapicerki fotela. Dalej kieszeń munduru i ocieplany kołnierz z guzikiem!

Na koniec dnia humory dopisywały. Ekipa poszukiwawcza zgromadziła się przy ognisku. W żeliwnych kociołkach dymiły „pieczonki”. Ludziom smakowały chyba jak nigdy. Było też zsiadłe mleko z wiejskiego gospodarstwa, dużo lepsze niż sklepowy kefir.

Profil badawczy

W niedzielę o świcie 19 stycznia 2020 r. ruszyły zasadnicze prace archeologiczne. Grupie Arka Domińca oraz Olafowi Popkiewiczowi i Sebastianowi Witkowskiemu towarzyszyła już ekipa realizacyjna programu „Poszukiwacze historii”.

Najpierw Olaf wyznaczył profil pola badawczego. Po zejściu około metra głębiej ukazały się wyraźne, jasne przebarwienia ziemi (skutek działania wysokiej temperatury) w kształcie okręgu o średnicy kilkunastu metrów. – To dowód na to, że samolot przed rozbiciem nie kosił drzew, tylko wbił się niemal pionowo dziobem w grunt – mówił O. Popkiewicz.

Okrąg wyznacza miejsce uderzenia samolotu o ziemię; fot. J. Jędrysik

Okręg podzielono na dwa sektory i rozpoczęto pogłębianie jednego z nich. Pracowano intensywnie. Ekipa zmieniała się cyklicznie przy łopatach w dole oraz przy sicie.

Maska tlenowa i but

Pierwsza odsłonięta została maska tlenowa pilota z kawałkiem rury, przypominającej tę z odkurzacza. Miała wyraźne amerykańskie sygnatury. Znaleziono też rozpłaszczoną, dolną część buta. Chyba był skórzano-filcowy. Obok bowiem widać było włosie materiału. Natrafiano też na fragmenty gumy. Sebastian Witkowski mówił, że były nią wyłożone zbiorniki z paliwem. Były też skórzane fragmenty tapicerki (foteli?) i pagon z munduru.

Patrząc od strony leśnej przecinki, z prawej strony przeszukiwanego sektora ekipa natrafiła na największy fragment poszycia samolotu. Wiele wskazywało na to, że poszukiwacze zbliżali się do kabiny pilotów. – Świadczy o tym nieprzypadkowe nagromadzenie przedmiotów osobistych: maska tlenowa, but, fragmenty mundurów – mówił Olaf.

Jednak B-25 wbił się w ziemię z ogromną siłą, pędząc kilkaset kilometrów na godzinę. Kokpit mógł więc zalegać dużo głębiej. Jak głęboko? Tego dnia już tego nie sprawdzono…

Sensacja! Ludzkie kości!

Po południu bowiem natrafiono na pierwsze kości. Olaf Popkiewicz od razu identyfikuje je jako ludzkie. Była ta kość piszczelowa i strzałkowa nogi.

Kiedy odkrywane są szczątki ludzkie, także przy pracach archeologicznych, procedura nakazuje powiadomić prokuraturę i policję. Zrobił to Arkadiusz Dominiec, kierownik akcji poszukiwawczej.

W pogłębionym sektorze pola archeologicznego pojawiły się kość udowa, kości ramienne i czaszka. Początkowo wydawało się, że ciało lotnika leży bokiem, w pozycji embrionalnej, niewykluczone że w fotelu. Wkrótce okazało się, że ulokowane jest twarzoczaszką do ziemi. Szkielet był ułożony anatomicznie. Chwilową tajemnicą był miękki element w rejonie szczątków. Okazało się, że to spadochron, który lotnik miał na sobie. Tak więc w ziemi pilot leżał twarzą i brzuchem do dołu.

Szczątki drugiego lotnika

W chwilę później częściowo pod pierwszym ciałem zobaczyć można było kolejną kość ramienną. Natomiast głębiej, podczas pogłębiania leja, który utworzył bombowiec, natrafiono na kawałki ludzkiej czaszki, fragment żuchwy z zębem trzonowym i dwa siekacze z korzeniami. Uzębienie było przyklejone do kawałków materiału (czapki, płaszcza?).

Olaf Popkiewicz był przekonany, że ułożenie szczątków ciał i głębokość, na której je odnaleziono, wskazuje na to, że lotnicy złożeni zostali do jamy grobowej. Tak więc nie było ekshumacji w latach 50. XX wieku. – Niewykluczone, że są tu ciała wszystkich czterech żołnierzy radzieckich – mówił wtedy Arkadiusz Dominiec.

Zapalone znicze i modlitwa

Prace przerwano. W lesie Gołys najpierw pojawili się bieruńscy policjanci, a potem prokurator rejonowy z Tychów. Zapadły już ciemności. Teren odgrodzono taśmą. Widoczne szczątki przykryto czarnymi workami. W nocy miejsca pilnowali strażacy i policjanci.

W niedzielę przedstawiciele ekipy poszukiwawczej uczcili pamięć lotników, zapalając znicze przy ich szczątkach oraz odmawiając „Ojcze nasz” i „Wieczny odpoczynek”. – Odnaleźliśmy ich dokładnie 75 lat po śmierci. W końcu ci ludzie będą godnie pochowani – mówił Roman Golus.

Poszukiwacze zapalili znicze i pomodlili się za lotników; fot. A. Dominiec

O wadze odkrycia w Bieruniu powiedział nam Olaf Popkiewicz: – Fragmentów rozbitych samolotów z czasów II wojny światowej nadal znajdujemy tysiące, ale to, że po 75 latach odkryliśmy w Bieruniu szczątki lotników, chociaż dokumenty świadczą, iż 23 marca 1952 r. zostali ekshumowani, jest wyjątkowe.

Ekshumacja w 1952 r.

Pozostaje do rozwiązania zagadka czy w 1952 r. doszło do ekshumacji w lesie Gołys, a jeśli tak, to czyje ciała wówczas wydobyto? Bo przecież nie Rosjan z B-25.

Roman Golus pracuje nad tą sprawą. Rozmawialiśmy o tym w grudniu 2020 r. – Ekshumację w 1952 r. przeprowadzono. Potwierdzają to świadkowie. W lesie Gołys byli przedstawiciele Wojewódzkiej Kolumny Sanitarnej w Katowicach. Wskazano im miejsce pochówku. Jednak najprawdopodobniej wykopali oni ciała trzech żołnierzy niemieckich i wraz ze szczątkami Rosjan wydobytych na cmentarzu parafialnym w Bieruniu przewieźli je na nekropolię żołnierzy Armii Czerwonej w Pszczynie. Wszystkich pochowano w anonimowej kwaterze – mówi Roman Golus.

Skąd takie przypuszczenie? – W lesie Gołys znalazłem niedawno nieśmiertelnik. Należał do niemieckiego artylerzysty. To pasuje, bo przecież w pobliżu miejsca upadku samolotu był skład amunicji. Być może zestrzelona maszyna zabiła kilku wartowników. Czekam obecnie na informacje z niemieckiego archiwum wojskowego – mówi R. Golus.

Ekshumacja w 2020 r.

Po natrafieniu na szczątki radzieckich lotników wstęp na miejsce prac archeologicznych miał już tylko prokurator, saperzy i… Olaf Popkiewicz, któremu Prokuratura Rejonowa w Tychach zleciła ekshumację.

W poniedziałek 20 stycznia 2020 r. wydobyto dwa szkielety odkryte poprzedniego dnia. Były w miarę kompletne, ułożone anatomicznie. Na szczątki kolejnych dwóch żołnierzy natrafiono we wtorek 21 stycznia 2020 r.

Arkadiusz Dominiec miał rację. W leju znajdowały się kości wszystkich poległych członków załogi B-25 Mitchell.

Ich szczątki zostały załadowane do specjalistycznego samochodu i przewiezione do Zakładu Medycyny Sądowej w Katowicach Ligocie.

Saperzy nie stwierdzili obecności niewybuchów czy niewypałów. Dlatego 25 stycznia 2020 r. ekipa Arkadiusza Domińca mogła dokończyć poszukiwania szczątków wraku bombowca. Dotarto do poziomu gruntu, w którym widać było zarys dziobu samolotu. Nie znaleziono nic szczególnego… Prędkość, z którą maszyna upadła, i wysoka temperatura zrobiły swoje.

Poszukiwacze uporządkowali teren, a w miejscu odnalezienia szczątków Rosjan umieścili duży kamień.

Efekty odkrycia – jak wyglądały ostatnie chwile załogi B-25?

Po zakończeniu wszystkich prac archeologicznych i ekshumacyjnych poprosiliśmy Olafa Popkiewicza o ich podsumowanie i zapytaliśmy, jak wyglądały ostatnie chwile załogi B-25.

– Po wyskoczeniu z samolotu dowódcy Boczina 16-tonowa maszyna jeszcze chwilę szybowała, ale potem całkowicie utraciła sterowność i zaczęła gwałtownie pikować. W B-25 wytworzyło się duże przeciążenie. Członkowie załogi walczyli, aby ją opuścić. Mieli na to kilka sekund. Prawdopodobnie trzem lotnikom to się udało. Wyskoczyli, ale za późno. Ich spadochrony mogły się nawet otworzyć lecz odpowiednio nie wyhamowały skoku. Wszyscy trzej mieli rozległe złamania kości nóg.

Czwarty członek załogi bombowca – strzelec ogonowy – siedział tyłem do kierunku lotu. Nic nie widział. Jak poczuł przeciążenie, zapewne wiedział już, że to koniec. Jego szkielet był najbardziej fragmentaryczny. W jego kurtce znajdowały żebra i jedna, niezidentyfikowana kość długa.

Według Olafa Popkiewicza na pokładzie nie było bomb. – Podczas kilku dni pracy nie natrafiliśmy na ich fragmenty. To sugeruje, że B-25 Mitchell został trafiony, kiedy wracał z bombardowania nad Morawską Ostrawą.

Efekty odkrycia – jak pochowano załogę B-25

– Ciała spoczywały w miejscu krateru, który powstał w wyniku upadku i eksplozji samolotu. Prawdopodobnie to niemieccy żołnierze wrzucili zwłoki radzieckich pilotów do tego leja zaraz po katastrofie i tam je zakopali – mówi Olaf Popkiewicz.

Co najmniej dwóch lotników miało na sobie uprzęże spadochronów. Nie było natomiast materiału spadochronowych czasz. Niemcy je odcięli, aby nie wlec ich z ciałami do jamy grobowej. Stosunkowo dobrze zachowała się odzież lotników. Szczególnie skórzane kurtki. Były też fragmenty spodni. Odzież nosiła ślady przeszukania. Rosjanie nie mieli pasów z bronią. Zdjęto im też buty. Znaleźliśmy w wykopie tylko dwa, w tym jeden z cholewą.

– Potwierdziło się, że załoga była młoda. Czaszki, które wydobyłem, nie miały zrośniętych szwów czaszkowych. Dzieje się to dopiero po 25. roku życia – mówił O. Popkiewicz.

Dlaczego porucznik Boczin przeżył

– Boczin zorientował się, że zostali trafieni. Prawdopodobnie przestały działać oba silniki bombowca. B-25 Mitchell mógł lecieć i lądować z jednym działającym silnikiem, a Boczin potrafiłby go wtedy prowadzić. Mimo młodego wieku był już doświadczonym pilotem – mówi Olaf Popkiewicz.

– Skoro jednak oba silniki zamilkły, to Boczin, nie zastanawiając się wiele, otworzył drzwiczki, które miał po swojej lewej stronie i wyskoczył. Samolot był jeszcze na takiej wysokości, że porucznik bezpiecznie wylądował ze spadochronem.

DNA lotników dobrze się zachowało

Zadaniem tyskiej prokuratury było wykluczenie, że odkryte kości należą do osób innych niż żołnierze z czasów II wojny światowej. Kluczowe m.in. było określenie wieku szczątków. Jak powiedziała nam na początku 2020 r. Monika Stalmach, ówczesna prokurator rejonowa w Tychach, z pochowanego ciała ludzkiego pozostaje jedynie szkielet już po ok. 10 latach.

– Biegli z Zakładu Medycyny Sądowej w Katowicach potwierdzili, że szkielety mają kilkadziesiąt lat. Należały do młodych mężczyzn. Mamy pewność, że to załoga zestrzelonego samolotu – mówiła prokurator Monika Stalmach.

– Wszystkie cztery szkielety były prawie kompletne. Jedna czaszka zachowała się w całości. Szczątki mają uszkodzenia charakterystyczne dla upadku z wysokości lub będące następstwem wypadku komunikacyjnego. Są to złamania, zmiażdżenia i stłuczenia kości, m.in. kończyn dolnych. Jeden ze zmarłych miał złamane podudzie, co wskazuje, że skakał ze spadochronem. Jeden szkielet nosił też ślady nadpalenia – dodała prokurator Stalmach.

Na żadnym ze szkieletów nie znaleziono pocisków ani śladów po kulach. Może to oznaczać, że lotnicy zginęli w wyniku katastrofy samolotu (upadek, pożar), a nie od strzałów z broni palnej.

– Jak na szczątki liczące 75 lat, to materiał genetyczny w kościach zachował się dobrze i da się go wyizolować do identyfikacji. To nas zaskoczyło – mówiła prokurator. Wpływ na to mógł mieć fakt, że ciała znajdowały się w piaszczystym gruncie.

Materiał DNA został zabezpieczony. Po stronie wojewody śląskiego pozostało poinformowanie strony rosyjskiej o możliwości odszukania krewnych lotników i wykonania badań porównawczych. O dacie i miejscu pochówku szczątków również decydował wojewoda śląski.

Pogrzeb ze zgrzytem

Wszystkie te działania spowolniła pandemia koronawirusa, która wybuchła w marcu 2020 r. Pogrzeb szczątków czterech lotników radzieckich odnalezionych w Bieruniu odbył się dopiero 27 października 2020 r. na cmentarzu wojennym żołnierzy Armii Czerwonej w Pszczynie.

W ceremonii uczestniczyli: burmistrz Pszczyny Dariusz Skrobol, przedstawiciele Konsulatu Generalnego Federacji Rosyjskiej w Krakowie oraz Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. Obecny był również prawosławny duchowny.

Odwiedzając cmentarz w dniu 8 listopada 2020 r. zauważyliśmy, że na jednej z tablic grobowych wyryto nazwisko „Boczin Aleksiej Aleksiejewicz”. Zdumiał nas ten fakt, ponieważ wedle bezpornych ustaleń ekipy poszukiwawczej porucznik Aleksiej Boczin, dowódca B-25 przeżył zestrzelenie bombowca, wyskakując ze spadochronem i przeżył wojnę (o czym poniżej). Wedle ustaleń poszukiwaczy na tablicy powinno znajdować się nazwisko „Szackij Michaił Fiodorowicz”. Pozostałe trzy nazwiska na tablicach odpowiadają prawdzie historycznej.

Przypomnijmy więc dane poległej załogi:

Nikołaj Fiodorowicz Korolew – drugi pilot, młodszy lejtnant, 21 lat,
Georgij Iwanowicz Bander – nawigator, młodszy lejtnant, 21 lat,
Michaił Fiodorowicz Szackij – strzelec – radiotelegrafista, sierżant, 19 lat,
Władimir Andriejewicz Pulkow – strzelec pokładowy, młodszy sierżant, 18 lat.

Georgij Iwanowicz Bander; fot. arch. R. Golusa

Skontaktowaliśmy się z członkami ekipy poszukiwawczej w sprawie pogrzebu lotników w Pszczynie. Wyrazili oni swój żal z faktu, że nikt ich nawet nie powiadomił o tej uroczystości.

Jakie były dalsze losy dowódcy B-25

Aleksiej Aleksiejewicz Boczin, lejtnant (porucznik) gwardii, dowódca i pierwszy pilot bombowca B-25 Mitchell urodził się 19 grudnia 1917 r. Do Armii Czerwonej powołano go w 1943 r. Miał żonę Anastazję Stiepanowną. Był kandydatem na członka Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Tak do 1952 r. nazywała się partia komunistyczna w ZSRR. Pilot Boczin miał na koncie 58 lotów bojowych, w sumie 230 godzin w powietrzu.

Po zestrzeleniu jego samolotu nad Bieruniem, wylądował na spadochronie w rejonie szosy Oświęcim – Mikołów. Został wzięty do niewoli przez żołnierzy niemieckich z przechodzącej kolumny marszowej. 21 stycznia 1945 r. wywieziono go w głąb Niemiec. Od 31 stycznia do 18 lutego 1945 r. znajdował się w obozie jenieckim Buchau. Z kolei od 18 do 26 lutego 1945 r. przebywał w obozie położonym 20 km od miasta Marienbaum. Następnie, poprzez Centralny Obóz Jeniecki nr 13 w Weiden, został skierowany do kolonii roboczej, 6 km od miasta Karlsbad.

Aleksiej Boczin; fot. arch. R. Golusa

17 kwietnia 1945 r. Boczin uciekł z kolonii roboczej i 8 maja 1945 r. (w dniu zakończenia wojny w Europie) przedarł się do czeskiego Pilzna, zajętego wtedy przez wojska amerykańskie. Do 11 maja 1945 r. przebywał w punkcie zbornym jeńców wojennych zorganizowanym przez władze czeskie. 15 maja 1945 r. z lotniska w Pradze odleciał do Morawskiej Ostrawy. Tamtejsza komendantura miasta odesłała Boczina do jego jednostki.

Jako element niepewny, mający kontakt z Niemcami i Amerykanami, dowódcy przenieśli go przejściowo do 12. Zapasowej Dywizji Strzeleckiej. Boczin powrócił do swojej macierzystej jednostki, w której zakończył służbę 5 listopada 1960 r. w randze pułkownika.

W styczniu 2021 r. będzie wystawa

Arkadiusz Dominiec poinformował nas, że 19 stycznia 2021 r. – rok po odkryciu fragmentów B-25 i szczątków jego załogi – w Muzeum Śląskiego Września 1939 r. w Tychach otwarta będzie wystawa ilustrująca prace archeologiczne w lesie Gołys. Zobaczyć będzie można m.in. zakonserwowane elementy samolotu.

Autor: Jarosław JĘDRYSIK

[Tekst i zdjęcia chronione prawami autorskimi]

Wystawa o zestrzelonym bombowcu i jego załodze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here