Ostatni kowale z Wilkowyj. Historia rodziny Heliosów

0
Gerard Helios podkuwa konia, sierpień 1991 r.; fot. archiwum rodzinne Heliosów

Ostatni kowale z Wilkowyj. Historia rodziny Heliosów. Przygotowując ten tekst, nie podejrzewałem, że opisuję ostatni rozdział działalności wilkowyjskich kowali. Wraz ze śmiercią Gerarda Heliosa skończył się pewien etap w historii tego ginącego zawodu. Pozostały wspomnienia i przedmioty zaświadczające o istnieniu przy ulicy Mikołowskiej 184 rodzinnej kuźni.

Tekst: Marcin Zarzyna

Artykuł ukazał się w tygodniku „Nowe Echo” nr 2 z 16.02.2016 r.

Tichau 1939. Nowy ordnung

W pierwszych dniach września 1939 r. załamał się opór Wojska Polskiego pod Pszczyną, które ustąpiło pola siłom pancernym Wehrmachtu. Zagrożone okrążeniem opuściło też Gostyń i Wyry, mimo udanej obrony pozycji. W wyniku takiego przebiegu działań wojennych do wsi Tychy wkroczył Wehrmacht, a  wraz z nim nowy ordnung (porządek – niem.).

Dokonano ponownego wyboru władz, tym razem złożonych głównie z mieszkańców narodowości niemieckiej lub sympatyzujących z administracją niemiecką. Przez jakiś czas pozostawiono nielicznych pracowników polskiego magistratu.

Heinz Jarczyk, syn kowala, którego kuźnia mieściła się w tzw. keleraju przy Browarze Książęcym, w latach 70. XX wieku pisał tak:

„W niedzielny poranek, 3.9.1939 r., bez godnych wzmianki działań wojennych oddziały wojsk Rzeszy wkroczyły do ojczystych miasteczek [miał na myśli brak działań wojennych w samych Tychach – przyp. MZ]. Dzień wcześniej nocą i w popłochu przez miejscowość wycofały się polskie jednostki […] Teraz dało się […] znowu mówić po niemiecku, posługiwać się publicznie mową ojczystą […] Całe trzy dni toczyły się czołgi, działa, zmotoryzowane kolumny z zachodu na wschód, z południa na północ. Potem życie ponownie znormalizowało się”.

Co oznaczały te zmiany dla przeciętnego tyszanina? Między innymi problemy z zaopatrzeniem i rosnące ceny. Zarządzenia płynące z pszczyńskiego starostwa nakazywały nowej władzy tzw. Preisüberwachung: ceny miały być stale kontrolowane i urzędowo regulowane. Pod obserwację trafiła sfera usługowa, w  tym zakłady rzemieślnicze. Wszelka możliwa spekulacja cenowa miała zostać powstrzymana.

Taka polityka prowadziła do absurdów: nawet jeśli kupcy i rzemieślnicy ponosili większe koszty uzyskania dochodu, ceny detaliczne musiały pozostać na tym samym poziomie. Podobna sytuacja utrzymywała się przez kilka kolejnych lat wojny.

Jako pierwsi pod obserwację partyjnych działaczy dostali się piekarze. Winne były temu problemy z regularnością wypieków, brakiem surowca lub jego jakością. W wyniku panującej polityki władz pod lupę trafił także skromny kowal z Wilkowyj – Franciszek Helios. Zainteresowanie jego sytuacją wynikło ze skarg na kowala wyrskiego i braku alternatywy dla niezadowolonych mieszkańców pobliskich wsi i przysiółków.

Kowadło i szyld kuźni Franciszka Heliosa; fot. Marcin Zarzyna

NSDAP: Uwaga na rzemieślników!

W piśmie urzędowym z 27 września 1941 r. pszczyńskie starostwo wysłało zapytanie do sołtysa Wilkowyj w sprawie Heliosa: „ […] z jakiego powodu tamtejsza kuźnia jest zamknięta, z czego utrzymuje się właściciel kuźni i czy jest zdolny do pracy?”.

Odpowiedź sołtysa Wilkowyj była następująca: „ […] Oprócz 6 morg ornego gruntu, który jego żona otrzymała w wianie, Helios nie posiada żadnego innego majątku i utrzymuje się wyłącznie z własnego zarobku. Dochody z warsztatu kowalskiego były tak minimalne, że Helios nie był w stanie zaopatrzyć się w niezbędny materiał (żelazo). Skarży się też na gospodarzy, którzy nie mają zrozumienia dla jego sytuacji i zamiast go wspierać, nie chcą płacić za wykonaną pracę lub miesiącami każą czekać na zapłatę.

Dom Heliosów przy ul. Mikołowskiej z dobudowaną kuźnią, widok z 2016 r.; fot. Marcin Zarzyna

Jako dowód Helios przedłożył listę dłużników. […] Z tego powodu był zmuszony z końcem maja 1941 r. zamknąć kuźnię i szukać innego zajęcia. Jak dotąd wspierali go na gospodarce krewni; jeszcze z upływem tego tygodnia powinien podjąć pracę w mikołowskiej firmie Koetz. […] Helios otwarłby ponownie kuźnię, gdyby miał przynajmniej 120 RM (rajchsmarek) dochodu. Do tej pory jego dochody wynosiły jakoby 60-70 RM, a to nie wystarczało na utrzymanie rodziny” (6.10.1941r.).

Ostatnia informacja dotycząca wilkowyjskiej kuźni z 3 marca 1942 r. wyglądała następująco: „Helios nosi się z zamiarem ponownego otwarcia kuźni na wiosnę przyszłego roku, zakładając że jego obecny pracodawca zwolni go z obowiązku świadczenia pracy. Wskazuje też na to, że dla ponownego otwarcia będzie potrzebował stosownego zezwolenia ze starostwa” (źródło: Archiwum Państwowe w Pszczynie).

Wiedziony tymi archiwaliami postanowiłem poszukać śladów dawnego zakładu kowalskiego.

Powrót do przyszłości

W Wilkowyjach spotkałem się z ostatnim żyjącym kowalem tej wsi Gerardem Heliosem, synem wspomnianego Franciszka Heliosa. Nie sądziłem wówczas, że nasze spotkanie będzie pierwszym i zarazem ostatnim (umarł 21 września 2015 r.).

W niepozornej przybudówce domu przy ulicy Mikołowskiej 184, vis-à-vis restauracji „Pod Kasztanem” tylko wysoki komin przypomina o działającej niegdyś w tym miejscu kuźni. Trzeba zaznaczyć, że była to już druga wersja warsztatu kowalskiego Heliosów.

Pierwsza kuźnia powstała wcześniej w starym domu kupionym w 1902 r. przez ojca Franciszka Heliosa – Augustyna – od gospodarza Borowskiego i działała do 1948 r. Druga istniejąca, choć już nieczynna kuźnia mieści się w nowszym domu zbudowanym w 1933 r. już przez Franciszka.

Miech kowalski Heliosów; fot. Marcin Zarzyna

Kowal – drugi po Bogu pomocnik rolnika

Obecnie mało kto zdaje sobie sprawę, jakie znaczenie dla wsi miał kowal. Zwykle kojarzy się go z podkuwaniem koni. To prawda, ale to tylko ułamek jego pracy. Kiedy jeszcze spawanie nie było znane, łączył elementy poprzez zgrzewanie. Wytwarzał niezbędne, i to nie tylko w rolnictwie, narzędzia, m. in.: lemiesze do pługa, brony, grabie, siekiery, młotki, gwoździe lub metalowe części uprzęży dla konia czy okucia wozu.

Najczęściej wykonywanym elementem dla wozu konnego była tzw. rafa, czyli obręcz spinająca koło. Zużywała się dość szybko, ponieważ pełniła rolę zbliżoną do dzisiejszej opony.

– Największy ruch w tej kuźni był na początku lat 50., w okresie budowy pierwszego osiedla Tychów, osiedla „A”

– wspomina młodszy brat pana Gerarda, Eugeniusz Helios, który z uwagi na trudności w mowie, z jakimi borykał się pan Gerard po wylewie, spełnia rolę „rzecznika” rodziny.

– Transport był wtedy przeważnie konny i wozy stały w długiej kolejce do kuźni wzdłuż ulicy Mikołowskiej. Najbliższy kowal był w Mikołowie albo w Tychach (kuźnia przy ulicy Kapicy, kuźnia przy ul. Starokościelnej i kuźnia w tzw. keleraju – przyp. MZ).

– Mimo to nie udawało się utrzymać ciągłości pracy w kuźni. Rozwój techniki i masowa produkcja uczyniła ją nieopłacalną – kończy Eugeniusz. – Z działalności prywatnej nie było emerytury, więc matka wygoniła ojca do innej roboty:

„Nie będziesz ciężarem dla dzieci. Porobisz kilka lat i dostaniesz skromną emeryturę, dzięki której jakoś wyżyjemy”.

Palenisko w kuźni Heliosów; fot. Marcin Zarzyna

Franciszek Helios w wieku 65 lat poszedł więc pracować do państwowego zakładu. Dzięki temu po jego śmierci żona otrzymała rentę. Los ojca podzielił także syn – Gerard Helios.

– Mąż razem z ojcem zdecydowali, że trzeba iść na państwowe – mówi Małgorzata Helios. – Gerard zatrudnił się w tartaku, gdzie raczej mało zarabiał. Potem pracował w Mikołowskiej Fabryce Maszyn „Mifama”, aż do samej emerytury. Cieszył się, że wreszcie na emeryturze będzie mógł się poświęcić temu, co zawsze mógł robić dopiero po powrocie z pracy. Niestety niedługo po przejściu na nią doznał wylewu i skończyły się marzenia o pracy w kuźni.

Kształt człowieka

Często rzut oka na człowieka, zwłaszcza na fizjonomię, pozwala dojrzeć jakieś rysy będące odbiciem charakteru. Na zdjęciu Franciszka Heliosa w jego obliczu daje się dostrzec pewna surowość, hardość i zaciętość. Natomiast twarz syna, Gerarda, promienieje jakąś wrodzoną łagodnością. Moje przypuszczenia potwierdzają członkowie rodziny.

Kowalski ród Heliosów z Wilkowyj. Od lewej: Augustyn Helios (1859-1931), Franciszek Helios (1898-1978), Gerard Helios (1933-2015); fot. archiwum rodzinne Heliosów

– Franciszek bardzo nie lubił, kiedy ktoś mu dyktował, co ma robić – potwierdza Eugeniusz, młodszy syn Franciszka. – Zawsze sam sobie wybierał, czym się zajmie w danym dniu. Kiedy jakiś sąsiad podrzucał mu coś ze stanowczym „zrób mi to dzisiaj, bo będę tego potrzebował”, musiał się liczyć z tym, że wyrzuci mu to przed dom i zostawi, nie podejmując pracy. Natomiast kiedy dostawał coś ze słowami „nie musisz tego robić teraz”, to wykonywał to od razu, z przekory.

Natomiast starszy syn Gerard dał się poznać jako człowiek łagodny, z otwartym podejściem do ludzi. Rzadko się unosił gniewem, nigdy nie przeklinał, nie lubił też zmuszać nikogo do jakiejkolwiek pracy.

– Takiego kierownika tośmy jeszcze nie mieli – wspominali go koledzy z mikołowskiej „Mifamy”. W domu nie krzyczał na dzieci – wspomina Małgorzata Helios. – A jak byłam zła na dzieci i pytałam, czemu nic im nie powie, odpowiadał: „Wystarczy, że ty już ryczysz”. Łagodny temperament odziedziczył po matce, bo ojciec Franciszek…

– …Bywał nerwowy. Kiedyś złapał za sztyl i pogonił mnie za odmowę wykonania polecenia – śmieje się Eugeniusz – Ale uciekłem na strych, a drabinę wciągnąłem za sobą. I za chwilę mu przeszło. A krzepę to on miał… I to mimo tego, że odżywiał się raczej skromnie. Jadł wszystko, co mu matka na stół podała. Zawsze rano miał zwyczaj jeść zupę z dużą łyżką „tłustego” (tak samo robili spawacze, być może miało to chronić przewód pokarmowy przed pracą w niezdrowym środowisku – przyp. MZ). Wysoki, szczupły, ciało wyrobione, żylaste, wręcz wypocone. „Pod Kasztanem” (restauracja naprzeciwko domu Heliosów) niejednemu haję zrobił – kończy opowieść Eugeniusz Helios.

Epilog

Niełatwe związki rodziny Heliosów z kowalstwem zdają się przeczyć potocznemu porzekadłu, że „każdy jest kowalem własnego losu”. To raczej los lubi sprawdzać, z jakiego materiału kto jest zrobiony.

Kończąc można tylko wyrazić żal, że kuźnia raczej nie odrodzi się już w dawnej formie. Ostatnią osobą, która mogłaby ją poprowadzić jest zięć Gerarda Heliosa – Marek Dobosz. To właśnie on oprowadzał mnie po warsztacie i  pokazywał  m.in. zabytkowy miech kowalski wykorzystywany do podgrzewania „felcszmidy” (paleniska).

Niestety pan Marek potwierdza nieopłacalność wykonywania tego zawodu w dzisiejszych warunkach cenowych. Sam obecnie pracuje jako kierowca i w kuźni jest raczej gościem. Tak więc potraktujmy tę udzieloną nam przez rodzinę Heliosów wiedzę jako rodzaj pośmiertnego testamentu po wilkowyjskich kowalach.

Gorące podziękowania za okazaną pomoc kieruję do członków rodziny: Małgorzaty, Eugeniusza, Gerarda, Damiana Heliosów i Marka Dobosz.

Tekst: Marcin Zarzyna

Artykuł ukazał się w tygodniku „Nowe Echo” nr 2 z 16.02.2016 r.

WIĘCEJ TEKSTÓW HISTORYCZNYCH O TYCHACH I OKOLICZNYCH MIEJSCOWOŚCIACH PRZECZYTASZ – TUTAJ.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here