Premier przed ratuszem, prezydent w oknie

3
Andrzej Dziuba, prezydent Tychów, fot. ZB

Premier, z racji powierzonych mu przez obywateli Polski obowiązków, w każdym zakątku kraju zawsze jest u siebie, a prezydent Tychów, z podobnych względów, u siebie jest w każdej części miasta. Tak się jednak składa, że ilekroć Mateusz Morawiecki, premier rządu zjednoczonej prawicy, przyjeżdżał do Tychów, a już sporo takich wizyt złożył, nigdy nie przywitał go ani nie pożegnał prezydent Tychów Andrzej Dziuba, tłumacząc się, że nie był zaproszony na spotkanie z premierem.

We wtorek 25 sierpnia premier Morawiecki stał 20 metrów od tyskiego ratusza, by ogłosić rozpoczęcie ogólnopolskiej, patriotycznej akcji „Pod biało-czerwoną”, a prezydent Dziuba jedynie z okna ratusza obserwował całe to zdarzenie. Dlaczego doszło do takiej sytuacji?

Andrzej Dziuba należał do Unii Wolności i członkostwo w tej partii utorowało mu w 2000 r. drogę do urzędu prezydenta Tychów (wówczas jeszcze o obsadzie tego fotela decydowała Rada Miasta). Później A. Dziuba wystąpił z szeregów UW.

Jeśli miarą sukcesu w samorządzie jest powtarzalność reelekcji, to prezydent Dziuba niewątpliwie sukces taki osiągnął. W wyborach prezydenckich zdobywał miażdżącą przewagę głosów nad konkurentami. Niewątpliwie wpływ na to miały i przedsięwzięcia, które, jako gospodarz gminy, inicjował i realizował.

Choć prezydent Tychów zawsze chętnie deklarował swoją bezpartyjność, to zauważalna była jego sympatia do Platformy Obywatelskiej, na tyle jednak mądrze okazywana, że nie przeszkadzała swego czasu zjednać mu również zwolenników Prawa i Sprawiedliwości i rządzić na czele takiej nieformalnej, ale faktycznej koalicji. Romans prezydenta z tymi dwoma ugrupowaniami był burzliwy, rozwód ogłaszała raz jedna, raz druga strona, co jeszcze wzmacniało wizerunek bezpartyjnego prezydenta. W 2015 r. sukcesy na prowincjonalnej niwie samorządowej przestały już jednak prezydentowi Tychów wystarczać i w sposób nieuczciwy, bo nadużywając władzy, wykorzystał swoje stanowisko, by zaangażować się w kampanię wyborczą prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Sukces wydawał się pewny. W Polsce rządziła Platforma Obywatelska. Przewaga sondażowa nad mało komu znanym wówczas kontrkandydatem Andrzejem Dudą była ogromna. To właśnie wtedy Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”, stwierdził, że klęska wyborcza B. Komorowskiego jest niewyobrażalna, bo aby przegrać, musiałby, jadąc samochodem, po pijanemu potrącić na pasach niepełnosprawną zakonnicę w ciąży.

Aby znaleźć się w obozie zwycięzców i czerpać z tego profity polityczne (mówiło się o zamianie Senatu w izbę samorządową), wystarczyło przyłączyć się do szerokiego i, jak się wydawało, stabilnego obozu władzy. Biletem wstępu na taki Olimp był aktywny udział w dużej imprezie wyborczej pn. „Prezydenci miast – prezydentowi RP” i filmie propagandowym gloryfikującym B. Ko-morowskiego. Prezydent Andrzej Dziuba zaciągnął się do tej drużyny i przegrał, bo przegrał Komorowski.

Tutaj po raz pierwszy bardzo wyraźnie dał o sobie znać syndrom władzy, który wciąż nie pozwala zainteresowanemu oddzielić siebie od stanowiska, kwestii prywatnych od publicznych. Urząd Miasta Tychy ukuł nawet tezę, że prezydent Dziuba, popierając B. Komorowskiego, reprezentował gminę bez mieszkańców. Trudno o większe kuriozum.

Gdy zwycięski prezydent RP Andrzej Duda składał w 2016 r. wizytę w Tychach, wytworzyła się niezręczna sytuacja. Witał go na pl. Baczyńskiego prezydent Andrzej Dziuba ze swoimi zastępcami. Mówi, że przywitał go godnie. Prezydent Dziuba nie powiedział publicznie niczego niegodnego, ale ogólna atmosfera spowodowała, że otoczenie prezydenta RP miało na tyle inne odczucia, że na obiad z prezydentem RP Andrzej Dziuba nie został zaproszony, choć niektórzy włodarze wizytowanych gmin – i owszem.

Jeszcze w 2015 r. wyborcy odsunęli PO od centralnych organów władzy. Rozpoczęła się totalna wojna polsko-polska. Jej wir wciągnął (na ich własne życzenie) niektórych burmistrzów i prezydentów. Samorządy, szczególnie wielkich miast, otwarcie wkroczyły na wojenną ścieżkę, przywdziewając antypisowskie barwy. Antyrządowi samorządowcy doświadczyli pasma porażek, ale zyskiwali status celebrytów.

Rozgłos utwierdzał ich w przekonaniu o słuszności podjętych działań. Padały publiczne słowa rażąco odbiegające od prawdy i nielicujące z powagą państwa (np. o współodpowiedzialności Polski za wybuch II wojny światowej). Sława mołojecka niektórych włodarzy rosła, ale ze skutkiem ubocznym: zaczęli być postrzegani jako osoby niepoważne i co gorsza, każdy kto dobrowolnie pokazywał się w ich towarzystwie, też zdobywał taką opinię. Prezydent Tychów również wyruszył na wojnę z rządem, broniąc gromadnie z innymi włodarzami prawa do nieograniczonej kadencyjności. Wojna zakończyła się rozejmem, ale utrwaliła więzi między aktywnymi rokoszanami, a do takich, toutes proportions gardées, zaliczył się prezydent Tychów. Zaowocowało to w skali kraju ogłoszeniem 21 mało poważnych tez samorządowych, które podpisał i Andrzej Dziuba, ale – co trzeba docenić – nie powołując się już na swój prezydencki urząd.

Demony zostały jednak znowu wypuszczone podczas ostatniej kampanii w wyborach na prezydenta RP. Niektórzy samorządowcy na ochotnika zaciągnęli się pod sztandary jednej opcji. Uczynił tak i prezydent Dziuba. Szermując hasłami o zagrożeniu koronawirusem, wykorzystano zajmowane stanowiska, by nie dopuścić do wyborów 10 maja, gdy kandydatka PO miała już znikome poparcie. Prezydent Andrzej Dziuba dawał do zrozumienia, że 10 maja w Tychach wyborów raczej nie przeprowadzi. W uzasadnieniu opublikował plakat mówiący, ile to rękawiczek, płynów dezynfekujących itp. trzeba przygotować w komisjach wyborczych. Później jednak, gdy w czasie wciąż trwającej epidemii notowania podmienionego kandydata PO zaczęły piąć się w górę, rękawiczki, płyny, maseczki i koronawirus nie stanowiły już dla prezydenta Tychów (i jego kolegów) problemu. To musi wydawać się co najmniej dziwne zważywszy, że 10 maja w Tychach było 46 zakażonych koronawirusem, 8 ozdrowieńców i zanotowano 1 zgon, natomiast 28 czerwca, podczas zaakceptowanej przez samorządowców pierwszej tury wyborów, w Tychach było 126 zakażonych, 79 ozdrowieńców i zmarło 5 tyszan, a w dniu 12 lip-ca, podczas drugiej wyborczej tury, liczba zakażeń w Tychach wzrosła do 155, liczba ozdrowieńców – do 107, a liczba zgonów do 6.

Ostatni raz do nadużycia stanowiska prezydenta Tychów doszło 9 lipca br. Wówczas to, w najbardziej gorącym okresie kampanii przed rozstrzygającą drugą turą wyborów, Urząd Miasta Tychy za publiczne pieniądze zorganizował de facto wiec poparcia dla prywatnie popieranej przez Andrzeja Dziubę kandydatury Rafała Trzaskowskiego (prezydenta Warszawy). Nazywało się to oficjalnie debatą z okazji 30-lecia samorządności Tychów. Zaproszono wybranych gości, w tym znanych antyrządowych celebrytów: Aleksandrę Dulkiewicz – prezydent Gdańska, i Jacka Karnowskiego – prezydenta Sopotu. Samorządowcy nie kryli, że dzięki ich wysiłkom udało się storpedować majowe wybory, ba, uważali to za swój sukces i byli żądni dalszej walki (np. Grażyna Dziedzic, prezydent Rudy Śląskiej). Prezydent Andrzej Dziuba o Rafale Trzaskowskim publicznie mówił wtedy „nasz kandydat samorządowiec”.

Tam w Warszawie nie znają prezydenta Tychów Andrzeja Dziuby. To człowiek pragmatyczny. Gdyby wystąpił 25 sierpnia u boku premiera Morawieckiego, na pewno nie powiedziałby niczego kontrowersyjnego, szczególnie w kontekście inicjowanej patriotycznej akcji „Pod biało-czerwoną”, ale w sztabie premiera nie wiedzą tego, bo nie muszą. Istotna jest opinia, jaką do tej pory wyrobił sobie prezydent Tychów swoją publiczną aktywnością u boku samorządowych celebrytów. Z tego co mówił na sesji prezydent Dziuba (tłumacząc dlaczego nie przywitał premiera) wynika, że przez 10 minut rozważano, czy dopuścić go do uroczystości, a to znaczy, że w kancelarii premiera wiedzieli, o kim mowa. Zyskał najprawdopodobniej sławę podobną do tej, którą szczyci się pani prezydent Gdańska. A to znaczy, że obawiano się ze strony prezydenta Tychów jakiejś niestosowności. O nie najwyższym zaufaniu może świadczyć fakt, że ustalono z UM Tychy na wszelki wypadek nawet to, by w razie potrzeby udostępniono uczestnikom spotkania ubikacje w ratuszu, a przecież wizyta premiera odbywała się w czasie pracy UM Tychy, a więc funkcjonowania tam i toalet.

To, co kancelaria premiera myśli o prezydencie Dziubie, to jedno, a to, jak on w tej konkretnej sytuacji się zachował, to drugie. Jest gospodarzem miasta. Chimeryczne powoływanie się na savoir-vivre (co czyni) jest tu nie na miejscu. Przecież nie chodziło o prywatne sprawy obywatela Andrzeja Dziuby, ani o jakieś spotkanie w Warszawie, gdzie nikt się go nie spodziewał, ale o Tychy, o jego gospodarstwo samorządowe. Właśnie jako prezydent miasta ma nie tylko prawo, ale i obowiązek za każdym razem przywitać premiera, bo robi to nie we własnym imieniu (choć oczywiście też może), nie dla własnej przyjemności, ale w imieniu wszystkich mieszkańców. Zobowiązał się do tego uroczyście, ślubując, że swój urząd sprawować będzie tylko dla dobra publicznego i pomyślności mieszkańców. Słowo „tylko” w rocie ślubowania jest kluczowe. Fakt, że tak łatwo prezydent Andrzej Dziuba zdezerterował i obowiązki wynikające ze ślubowania zastąpił tendencyjną interpretacją zasad dobrego wychowania, może świadczyć o nieczystym sumieniu samorządowca. Oznaczałoby to, że wykazywana przez niego działalność polityczna stała się istotnym obciążeniem dla urzędu, który sprawuje. No właśnie, czy tylko dla dobra publicznego i pomyślności mieszkańców?

Zdzisław Barszewicz

Artykuł ukazał się w dwutygodniku „Nowe Info” nr 18 z 1.09.2020 r.

Prezydent Tychów Andrzej Dziuba tłumaczy się z nieobecności podczas wizyty premiera Polski 

 

 

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here