Rzecz o przyprawach

0
Fot. Pixabay
Reklama

Zanim dziewiętnasty wiek „wyhodował” narody, ludzie bili się o konkretne rzeczy. O surowce, o wodę, o złoto, o niewolników. Walczono też o surowce rozumiane szerzej, jak wojna o opium czy wcześniejsza walka Greków o kobietę. Jednak najwięcej wojen, szczególnie po Chrystusie, dotyczyło przypraw. Wojen o panowanie nad terenami pozyskiwania przypraw lub szlakami ich dostarczania do metropolii.

Dziś wydaje się to nieskończenie głupie: po co umierać za gałkę muszkatołową albo jakiś inny cynamon? No właśnie. Sam tego nie rozumiem. Nie będę się wysilał, dość że wytłumaczeniem jest sentencja zmarłego niedawno trenera: „Kasa misiu, kasa”.

Przeglądam dostępne opisy uczt i biesiad Greków i starożytnych Rzymian, dalej przyjęć na dworze galijskich królów, wreszcie nasze opisy, szczególnie te za Sasów, przygotowanych i serwowanych dań na magnackich stołach. Wszędzie tam bije po oczach mnogość przypraw, i to serwowanych w obfitości do każdego dania. Bez żadnego umiaru.

Dziś już wiemy, że niektóre przyprawy wzajemnie się znoszą, większość przypraw podanych na początku gotowania traci swoje właściwości itd. Jednak w tamtych czasach wcale nie chodziło o smak, chodziło o bogactwo.

Dodawano obficie wszystko do wszystkiego. Używanie przypraw było nobilitacją. Ich cena powodowała, że większość śmiertelników nie mogła sobie na nie pozwolić. Tak jak ubiór skutecznie odróżniał warstwy wybrane od reszty pospólstwa, tak przyprawy dopełniały tego przy stole.

Reklama

Co się dziś zmieniło? W pewnym sensie niewiele: 90 procent bogactwa jest w rękach 1 proc. ludzi. Tylko przyprawy im się wymknęły spod kontroli. Każdy już soli i pieprzy do woli. Co tam soli, sypie chili, ziele angielskie i liście laurowe według własnej fantazji. Demokracja w dostępie do przypraw zakręciła nam w głowach. Jednak po okresie sypania wszystkiego do wszystkiego sytuacja zaczęła się klarować. Jak dobry rosół po dodaniu piany z białek.

Po rewolucji francuskiej zlikwidowano „przyprawy”. Mianem tym określano „załączniki” w sprawach sądowych uiszczane przez broniących się i skarżących. Przyprawy te mogły niejednego zrujnować. Po likwidacji „przypraw” sędziowie przeszli na etat i żyli z pensji. Sama nazwa wzięła się od tzw. przypraw buduarowych. Bogacze obdarzali się upominkami w postaci przypraw smażonych z cukrem i owocami, czasami też orzechami. Takie pikantno-słodkie przekąski jadano też między posiłkami i przed snem (na oczyszczenie oddechu), wręczano też gościom po wizycie na czas powrotu do domu. Z czasem dziękowano też sędziom za sprawiedliwy wyrok. Po jakimś czasie „przyprawy” były wręczane już przed ogłoszeniem wyroku, tak aby sędziowie zważywszy „przyprawy” wręczane przez obie strony, mogli wydać sprawiedliwe orzeczenie. Sędziowie francuscy z czasem żądali „przypraw” do każdego załącznika wnoszonego w sprawie.

W rozdziale bogactwa świat się zmienił niewiele, ale w dostępie do przypraw i jego racjonalnym wykorzystaniu bardzo. Zimową porą moja ulubiona mieszanka przypraw: ostre curry madras (kolendra, imbir, kminek, kurkuma, ostra papryczka piri-piri, kardamon, gorczyca, sól, czosnek, czarny pieprz, kozieradka) schodzi błyskawicznie, a latem jest jak smutna panna bez kawalera. Na półkach księgarskich leży mnóstwo książek z wyliczonymi proporcjami przypraw. Coraz rzadziej – bo denerwują klientów – używa się takich sformułowań jak „szczypta soli i pieprzu” albo „garść rodzynek”, a „dorzuć obficie kurkumy” to prawdziwa katastrofa.

No dobrze, powiecie, ale co dziś jedzą bogacze? Czy jest coś takiego co ich łączy? Bo już nie ubiór – niektórych pomylilibyśmy z dozorcą na niestrzeżonym parkingu. O tym w notce następnym razem.

Alamira, bloger Salonu24

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here