Śledź, czyli pojednanie

0
Fot. S. Hermann, F. Richter/Pixabay

W kuchni śląskiej dominują trunki jęczmienno-chmielowe, w polskiej, jak i u większości Słowian, żytnio-ziemniaczane. Jest jednak pewna potrawa, która łączy obie te tak odrębne trunkowe cywilizacje. To jest śledź.

Zajrzyjmy do sklepu, co tam mamy? Śledź a la matias. Brzmi jak peerelowski śledź a la łosoś. Ki czort? Posłuchajcie.

Jest grudzień 2014 roku. Stoję w kolejce na ekologicznych targach żywności w Katowicach przy straganie, gdzie sprzedają śledzie z Morza Północnego. Za ladą uwija się chudy sprzedawca jakiejś skandynawskiej firmy. Chudy i mały, taki „wymoczek”, bardziej przypomina śledzia niż matiasa. Ma piękną firmowa czapkę. Przede mną stoi starsza kobieta. Wybiera śledziowe sałatki znajdujące się na ladzie. Z tyłu widać dwie beczki, na jednej napis „matiasy”, na drugiej „śledzie”.

– Proszę pana, a czym się różnią śledzie od matiasów?

Sprzedawca długo szuka odpowiednich słów. – No, wie pani, ten matias to taki śledź, który jeszcze nie dupcył – wyjaśnia.

W przyrodzie już tak jest, że przekazywanie życia stopniowo unicestwia jednostkę. Sto lat temu gospodynie potrafiły jeszcze wykastrować koguta. Taki wykastrowany z czasem lądował jako pieczony kapłon na stole. Jego niewykastrowany brat produkował z kurami setki jajek. Na końcu, chudy i żylasty nadawał się tylko na rosół.

W tej części Norwegii, w której panuje noc polarna, najpopularniejszym daniem śniadaniowym jest matias. Często już do śniadania popija się go ciemnym, miejscowym piwem. To zestawienie jest naturalnym antybiotykiem na brak słońca, zapobiega depresji i pomaga przetrwać tygodnie ciemności.

Podobnie na Śląsku (jak i w innych regionach Polski) śledzie wchodzą na stoły wraz ze skracaniem się dnia i wydłużaniem nocy. Intuicyjnie odczuwamy potrzebę ich jedzenia. Wiadomo ponadto, że „rybka lubi pływać”, więc i okazji na zjedzenie śledzia jest wiele. Polecam niezbędnik zimowy, o którym poniżej.

PRZEPIS NA PRZYRZĄDZENIE MATIASÓW

Produkty: śledzie matiasy, olej lniany i czerwona cebula, razowy chleb na zakwasie. Do tego szklanka ciemnego, rzemieślniczego piwa.

Robota: cała robota to kupić matiasy. Są dostępne w specjalistycznych sklepach. W Tychach nie wiem gdzie. Na pewno przez Internet można zamówić. Tylko uwaga: kilogram matiasów kosztuje ok. 50 złotych. Do tego ćwiartka oleju lnianego. Niestety, ten z marketów się nie nadaje. Dlatego też trzeba go kupić przez Internet albo w sklepach ekologicznych.

Trzy cebule czerwone kroimy w cienkie piórka, mieszamy z pokrojonymi na dwucentymetrowe paski matiasami. Zalewamy olejem i tak mogą być przechowywane w lodówce przez dwa tygodnie. Kiedy nałożymy porcję to koniecznie z razowym chlebem, na końcu należy nim wytrzeć talerz. Do tego szklanka ciemnego piwa lokalnego, niepasteryzowanego, od małego producenta.

I tak oto założyliśmy zbroję do zmagań z zimową ciemnością. Albo może raczej wybraliśmy z boskiej apteki to co teraz najważniejsze.

Alamira, bloger Salonu24

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here