Z gliny i rzecznego żwiru

1
Franciszka Maśka, 24.08.2018 r., fot. Renata Botor-Pławecka

O czasach przedwojennych, gdy w szkole wisiały portrety Piłsudskiego i Mościckiego, a folwarkiem w Górze zarządzał Julian Obrocki. O budowie domu, którą zaczynało się od wydobywania żwiru z Wisły i wypalania cegieł. O ciężkiej pracy i radości z jej efektów. Rozmowa z Franciszką Maśką z Góry, która jest jedyną mieszkanką wsi noszącą na co dzień kiecki, czyli piękny pszczyński strój ludowy.

Wywiad ukazał się w „Nowym Info” nr 18 z 4 września 2018 r.

Rozmawia: Renata BOTOR-PŁAWECKA

– Zarządca folwarku w Górze Julian Obrocki organizował dożynki?

Franciszka Maśka: Za Obrockiego my byli dziećmi. Kto by tam szedł na dożynki. Szli my, ale do koszenia w żniwa, do sadzenia ziemniaków. Mieliśmy po 13 czy 14 lat.

– Czyli do roboty?

– Ja, ale tak choćby prywatnie, bo nikt nas nie zapisywał. Złotówka my dostali na dzień.

– Co można było kupić za złotówkę?

– Czy jo wiem, może z dziesięć bułek.

– A ile godzin na te 10 bułek trzeba było pracować?

– Od 6 rano do cimoka. Na śniadanie pół godziny przerwy, na obiad godzina.

– Dostaliście jedzenie?

– My se wzięli z chałpy kromka chleba suchego. Na obiad szło się do chałpy, a potem zaś do roboty.

 – A jak wyglądały żniwa?

– Chłopcy siekli kosami, a my za nimi ubierały, wiązały snopki, lalki stawiały. Dawaliśmy po dziewięć snopków do lalki. Co dziesiąta lalka była nasza – do podziału między żniwiarzy. Ale my trocha cyganili [śmiech]. Bo do tych dziesiątych lalek dawaliśmy więcej snopków niż dziewięć.

– Dużo było tego pola?

– Od dzisiejszej ulicy Cmentarnej aż do Gilowic, po dwóch stronach.

– Ilu was robiło przy żniwach?

– Czy jo wiym? Kosiorzy było może pięciu. Każdy szedł, bo chciał zarobić. I mamie się dawało ta zarobiona złotówka.

– Pilnował was kto na tym polu?

– Był jeden stojok, co pilnował roboty. Potem, jak zwożono zboże do spichlerza, też my się najmowali. A potem do młócenia. Worki ze zbożem na plecach nosiłach. Ważyłach 45 kilo, a worki miały po 50 kilo. Robota była cały czas. Ziorynka buraków my sioli na polu. Nasuli nom ziorynek do zopasek. A te ziorynka były moczone w końskich sikach: litr sików, trzy litry wody. Wiysz, jak my śmierdzieli!?

– To był taki nawóz?

– Szybciej wschodziło. A jak przyszła jesień, kopało się zimnioki. Gdy księżyc był pełny, to my szli na pokopki.

-?

– Bo cały dzień my panu zbierali zimnioki. W nocy, jak księżyc zaświecił, brali my kopaczki, by wykopać to, co gdzieś jeszcze zostało. I to było do nos. Chłopcy czasem specjalnie w dzień jaki rządek podeptali, by mieć co w nocy wykopać.

– Pamiętacie Obrockiego?

– Żonę miał chorowitą. Dzieci troje: Zosia, Zbyszek i Zdzichu. I Zdzichu w latach 80. przyjechał oglądać dawne stawy. Godoł mi o Ludwiku Dziedzicu, a to był przecież mój brat [z pierwszego małżeństwa mamy Franciszki; ojciec Ludwika zginął na wojnie]. To my poopowiadali.

– Julian Obrocki miał nowoczesne stawy hodowlane, którymi opiekował się stawowy Ludwik Dziedzic.

– Oni Ludwika uważali jakby za członka rodziny.

– Miał domek zbudowany na środku stawu?

– To był taki barak do pilnowania stawu.

– We wrześniu 1939 r. Obroccy uciekali na wschód.

– W 1939 r. wzięli ze sobą wszystkie krowy i uciekali. Ale im to po drodze zabrano. Zostali z niczym.

– Folwark w Górze zajęli Niemcy?

– Za Niymca w folwarku był Poppel (po nim był Klinck). Nie wiem, skąd się też tyle krów we dworze wzięło, bo przecież Obrocki swoje wziął. Były tam same czerwone te krowy. Mnie było już wtedy 18 roków, to musiałam iść do roboty do tego dworu. O czwartej trzeba było doić krowy, bo o szóstej mleko odbierali i odwozili w baniach do Pszczyny. Za tyn czas dawały my krowom pojeść, czyściły my je, w połednie zaś dojenie i ta sama robota po południu. Dostałach 60 marek na miesiąc. A jak doszły świnie, dostałam 70 marek.

– Te zarobione pieniądze też się mamie oddawało?

– Też. Ale jo już wtedy miała mojego Stasia, ino na wojna poszedł. Do dziś pamiętom, jaki mi wiersz z wojny napisoł. Jo pisała do niego wierszykami, to on do mnie też. A jak przyszedł z wojny, to my zaroz wyciągali żwir z Wisły.

– Żeby dom budować?

– Dziołcho, rok my tyn żwir wyciągali!

– Z dna?

– Toć. Ładowali my to na toczki, potem na góra do furmanki. 20 toczek na kubik się wyciągało. Pierwszym razem wyciągnęliśmy sześć kubików, na drugi dzień już pięć, bo my słabli, potem cztery.

– I to we dwoje?

– We dwoje. Ja ciągnęłam toczki na powrozie, żeby pomóc, jak łon je pchoł. A już taka słaba byłach, że modliłach się: „Panie Jezu, żeby woda wyloła”.

– Bo wyciągać żwir dało się tylko wtedy, gdy było płytko?

– Ino wtedy. I przyszła woda duża na drugi dzień, Pan Jezus mnie usłuchał. A w następny rok my cegły z gliny robili. Myśleliśmy, że jest dużo gliny, ale okazało się, że koło nos jest som piosek. Musieliśmy zwozić glinę z Zopadzi. Jak chłop był w robocie, rozrobiałach ta glina z wodą, jak ciasto.

– Mieszało się to czymś?

– Kopaczka i przerzucać, wodą polewać. Potem do formy, na placu musiało wyschnąć. Z cegieł układało się wielki piec. Suło się tam grubszy i drobniejszy węgiel, a potem miał. Wieczór obkładało się piec ziemią, by był żar.

– To ile cegieł zrobiliście?

– Tak z 20 tysięcy.

– I jak długo się robiło te cegły?

– Cały rok. Na dziyń robiło się czasem 300, czasem 500, zależy od pogody.

– A z tego żwiru co?

– Fundamynta. Jo nie wiem, czy by kto dzisio tak chcioł budować…

– Ja sobie tego nie wyobrażam. Dziś byle szybciej, z kredytami…

– Jak jedna izba była gotowa, to się wprowadzaliśmy.

– Czyli jedna izba gotowa i można się było wprowadzać?

– Mury były, jedna izba, sień i dwie piwniczki.

– Ciężkie czasy…

– Ale. Wszystko z radością było. Ludzie! Jak my się cieszyli, że dom bydymy mieć! Dzisiej godają „staro buda”. A jo cały czos w tej nowej siedza!

– Bo dla was to zawsze będzie nowy dom…

– Dzisiej budują dom, ale dostają gwarancję ino na 50 lot. To jak to? Za 50 lot on mo zaś nowo chałpa stawiać? Mój dom już mo 70 lot i nic mu ni ma.

– Zbudowany porządnie, z tego, co dała natura. A tak z innej beczki. Całe życie chodzicie w kieckach?

– Od pierwszej klasy aż do terozka. Mama nie dała mi ani przedziołka zrobić na boku!

– Musiał być na środku głowy?

– Tak ma być i koniec. Mama tak miała, to my też. Dwa warkocze i od ucha do ucha czub.

Franciszka (z prawej), gdy miała ok. 20 lat, ze swoją siostrą Anną; fot. archiwum rodzinne

– Nie chcieliście nigdy sukienek nosić? [Córka jak tłumacz: Niy chciałaś się przewlyc do szot?]

– Nie chciałach, dużo nos było w kieckach.

– A do szkoły chodziliście w Górze?

– Ja. W pierwszej klasie uczyła Machniewiczówna. Kierownikiem był Hoffman, taki nerwowy. Dziecko mu małe umarło – Stasieczek – jest pochowany koło kościółka.

– Wy jesteście rocznik 1921, to do szkoły uczęszczaliście tak od 1928 roku?

– Jak wchodziło się do szkoły, to się godało „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Po jednej stronie był Piłsudski, po drugiej Ignacy Mościcki, a w środku Pan Jezus na krzyżu. Modliliśmy się „Ojcze nasz”, „Zdrowaś”, siadać i dopiero nauka. We szkole my musieli umieć: czytać, pisać, rachować, sztrykować, heklować, cerować. Godzina niemieckiego też była i religia.

– Pieśni i wierszy się uczyliście?

– „Nasz marszałek ukochany, dziadek, jak go zwano […]. Żyj nam żyj, setkę lat, zdrowiem niech cię darzy Bóg. Niech ci wciąż setkę lat…”. A! Myli mi się. Pamiętałabym całe, jakby cisza była. Tak nogle se niy spomna. [Córka dodaje, że mama dużo piosenek pamięta, niektóre zapisała dla zespołu ludowego] „Miał ojciec trzy cery. Gdy pierwszą wydawał, 600 talarów jej dawał/A drugą, jak wydawał, to 300 talarów jej dawał/A ta trzecia, już borok nic ni mioł, suche korzonki dostała/A potem się ojciec rzewnie rozpłakał, że się też biedy doczekał/Wziął ojciec laskę, szedł po wsi, wstąpił do córki najstarszej/Ceruś ma ceruś, wszak teraz miałaś mnie żywić/Żyw teraz/Córeczka poszła do woza, przyniosła kawał powroza/Tu macie ojcze, powieś się, a do mnie żywić nie chodź się/. Znów się rozpłakał, szedł dalej, wstąpił do drugiej córy/ Ceruś, ceruś, wszak miałaś żywić mnie/Córeczka poszła do młyna, przyniosła kawał kamienia/Tu macie ojcze, utop się, a do mnie nie chodź żywić się/Zaś się rozpłakał, poszedł do tej trzeci/Ceruś, ma ceruś…/Poszła boroka do stołu, przyniosła talerz rosołu: Tu macie ojcze, pożyw się, a do mnie żywić przychodź się”.

– Ludowa piosenka?

– Wiela jo tych pieśni znała! Doiło się krowy i śpiewało. Jo pierwszym głosem, a Truda [koleżanka] drugim, aż ludzie przystawali i słuchali.

– Na wsi zimą dopiero można było odpocząć od roboty.

– Wiysz co my w zimie robili? Do stodoły my szli, cepy do ręki i młócić: tam-tam-tam, tam-tam-tam… Choćby wojsko maszerowało.

– W rytm?

– Bo jak kto się pomylił, to cep wybiło z ręki.

– No ciężko te dzieci miały dawniej.

– Ale jak wesoło było! Pamiętom, jak raz przyjechała z miasta jedna pani, co badała Zapadź. Wstąpiła do naszej chałpy, a potem nam przysłała paczkę. Musieliśmy iść po to na poczta w Miedźnej. Kiełbasa była w tej paczce, sukienka i pończochy przeźroczyste. Kiełbasa my zjedli, a te pończochy to my na głowy pozakładali i się gonili, straszyli. Ta pani myślała, że u nas biednie. A u nas wesoło było!

sierpień 2018

Franciszka MAŚKA z domu Botor, ur. 1921 w Górze, z mężem Stanisławem przeżyli 33 lata (zmarł w 1979 r.). Dochowali się 4 dzieci, 16 wnucząt, 27 prawnucząt.

 

O folwarku Juliana Obrockiego

Julian Obrocki pochodził z Polesia. W 1930 r. dowiedział się o majątku w Górze. Wydzierżawił go, a potem kupił. Folwark pod względem gospodarczym był na wysokim poziomie. Tworzyły go masywne budynki gospodarcze, obszerny dom, 50 ha stawów. Właściciel sprowadził 100 krów rasy holenderskiej. W gospodarstwie miał ponadto ok. 200 świń. Na 15 ha założył ogród, w którym zatrudnionych było trzech ogrodników, Bułgarów. Hodowano głównie pomidory, kapustę, ogórki, kalafiory, cebulę itd. Zainwestował w stawy hodowlane, którymi opiekowało się dwóch stawowych. Jednym z nich był Ludwik Dziedzic. Obrocki nawiązał kontakt z profesorem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, ichtiologiem narodowości rosyjskiej Spiczakowem, który na stawach w Górze prowadził swe doświadczenia. Dotyczyły one nawożenia stawów, rozwoju planktonu i dezynfekcji. Roczna produkcja karpia wzrosła do 25 ton. Stawy przynosiły Obrockiemu najwięcej dochodów. Jego gospodarstwo ówczesne władz uznały za „gospodarstwo wzorowe”. W jego dalszym rozkwicie przeszkodził jednak wybuch wojny. Właściciel folwarku uciekał z Góry w drugi dzień wojny. (na podst. materiałów ks. P. Zegrodzkiego)

„Nowe Info” nr 18 z 4 września 2018 r.

Artykuł chroniony prawami autorskimi. Kopiowanie bez zgody autorki zabronione.

 

 

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here