Zmarł Ludwik Kamiński

2
Ludwik Kamiński (1925-2019), fot. Renata Botor-Pławecka

Wczoraj, 26 września, zmarł Ludwik Kamiński z Pszczyny – Kresowiak, Sybirak, Ślązak, niesłyszący od dzieciństwa. Miał 94 lata. Przez całe życie – mimo swej niepełnosprawności – niezwykle aktywny, zaangażowany w działalność społeczną. Pomagał niesłyszącym, uczył ich, współtworzył zrzeszające ich organizacje. Gorący patriota, zaangażowany w pielęgnowanie wiedzy o Kresach Wschodnich i polskości wśród młodych na dawnych Kresach. W 2015 r. nominowany do prestiżowej, ogólnopolskiej Nagrody im. Jana Rodowicza „Anody” w kategorii „Postawa życiowa stanowiąca wzór do naśladowania dla młodych pokoleń”.

Informację o śmierci pana Ludwika przekazała nam jego córka Maria. Pogrzeb odbędzie się we wtorek, 1 października, o godz. 11.00 w kościele pw. Wszystkich Świętych w Pszczynie.

Pan Ludwik

Znaliśmy się od 2014 r. Kontaktowaliśmy się często przez Internet. Choć był w starszym wieku, świetnie obsługiwał komputer, a Internet był dla niego – osoby niesłyszącej, niemogącej używać aparatu słuchowego – oknem na świat. Przyznał mi się nawet kiedyś, że myślał, iż Internet i Facebook zostały wymyślone dla niesłyszących.

Poznaliśmy się dzięki… komentarzowi. Pod opublikowanym w Internecie wywiadem, który przeprowadziłam z mieszkańcem Wisły Wielkiej, Górnoślązakiem wywiezionym na Sybir, czytelnik podpisany „Kresowiak, Sybirak i Ślązak” napisał, że wie, jaka to była katorga,  bo sam był 6,5 roku na Syberii. Dodałam wówczas swój komentarz z prośbą o kontakt.

Przysłał mi e-mail. Umówiliśmy się na wywiad. Wiadomo było, że rozmowa musi się odbyć z pomocą tłumacza języka migowego. Zachodziłam więc w głowę, gdzie takiego tłumacza znajdę i w ogóle: jak to będzie (nigdy wcześniej nie przeprowadzałam rozmowy z osobą niesłyszącą). Szybko okazało się, że pan Ludwik, doskonały organizator, zna dobrą tłumaczkę. Okazało się także, że tłumaczka ta – pani Ania Hylak – mieszka w tym samym bloku co ja.

Spotkaliśmy się u pana Ludwika. Długo rozmawialiśmy. Wspomnienia z dzieciństwa, z Syberii były dla pana Ludwika trudne, bardzo się wzruszył. Chciałam przerwać  wywiad, ale się nie zgodził. Wiedział, że ważne jest, aby ta historia była zapisana. Przepraszał za łzy…

Wywiad z Ludwikiem Kamińskim, tłumaczy Anna Hylak, tłumaczka języka migowego; fot. Renata Botor-Pławecka

Kresowiak, Sybirak

Ludwik Kamiński urodził się w 1925 r. w Słonimie w województwie nowogródzkim na dawnych Kresach Wschodnich (dziś Białoruś). Gdy miał dziewięć lat, na skutek powikłań po szkarlatynie stracił słuch. Gdy miał 15 lat (14 kwietnia 1940 r.), razem z mamą Franciszką Kamińską (z domu Nadziejowska) i o rok młodszą siostrą Reginą zostali zesłani do Kazachstanu. Miesiąc wcześniej do łagru w Komi trafił ojciec rodziny Wandalin Kamiński. Na wolnej zsyłce w Olgówce w rejonie presnowskim, obwodzie północno-kazachstańskim, Ludwik z mamą i siostrą spędzili 6,5 roku. Ojca już nigdy rodzina nie zobaczyła. Wandalin Kamiński w łagrze ciężko pracował przy wyrębie tajgi, po zwolnieniu z obozu (na podstawie układu Sikorski-Majski) wstąpił do Armii Polskiej generała Andersa organizującej się w Buzułuku, następnie przez Azję Średnią, Iran i Palestynę przedostał się z wojskiem do Anglii. Katorga łagru odbiła się silnie na jego zdrowiu – zmarł w 1942 r. w Perth w Szkocji, gdzie został pochowany.

Ludwik od dzieciństwa pisał dziennik. Zaczął go prowadzić jeszcze w Słonimie, po utracie słuchu. – Nie mogłem chodzić do szkoły, czułem pustkę. Trochę uczyłem się z zeszytu siostry, ale przyszło mi też na myśl, że muszę coś zrobić, żeby nie zapomnieć pisania. Pisałem więc pamiętnik, co parę dni – opowiadał mi.

Pisanie pamiętnika kontynuował nawet w czasie zsyłki. Nie miał papieru ani atramentu, to sobie poradził inaczej. Z początku miał ołówek chemiczny – drewienko otaczające środek usunął i tak powstał atrament. Gdy i tego zabrakło, atrament zrobił z sadzy z komina. Za papier posłużyły mu jedyne dostępne na zsyłce „Wybrannyje proizwiedienia” Karola Marksa – pomiędzy linijkami tekstu dwóch tomów (ponad 470 stron każdy) wpisywał swoje wspomnienia. Tak powstały pamiętniki – wyjątkowy dokument katorgi sybirskiej.

Dziennik pisany sadzą; fot. Renata Botor-Pławecka

Ślązak

Gertruda i Ludwik Kamińscy, 1950 r.

Po repatriacji w 1946 r. Kamińscy znaleźli się w okolicach Szczecina, gdzie przez dwa miesiące pracowali w państwowym gospodarstwie rolnym. Potem skontaktowali się z nimi krewni, którzy ze Słonima zostali wywiezieni na roboty do Niemiec, a po wojnie zamieszkali w Chorzowie. Zaprosili Kamińskich do siebie. Ludwik dostał pracę w chorzowskim Konstalu. Zaangażował się też w działalność na rzecz ludzi głuchych. Dzięki temu spotkał swą przyszłą żonę. Na pielgrzymce niesłyszących w Piekarach Śląskich poznał pannę Gertrudę Polczyk, mistrzynię krawiecką z Pszczyny, też niesłyszącą. Zakochali się w sobie. Ślub mieli w 1950 r., zamieszkali w Pszczynie. Tu przeżyli wspólnie wiele lat. Ludwik pracował w pszczyńskich zakładach – Elwo, a potem w Spółdzielni Inwalidów „Odnowa”. Gertruda zmarła w 2012 r.

Pan Ludwik wrósł w Śląsk, w ziemię pszczyńską. Gdy się przedstawiał, mówił o sobie zawsze: „Kresowiak, Sybirak i Ślązak”.

Dla niesłyszących

Bariery związane z niepełnosprawnością przełamał kilkadziesiąt lat temu. Aktywności i umiejętności pokonywania problemów mógłby mu pozazdrościć niejeden słyszący. Angażował się w działalność społeczną, pomagał innym.

W 1947 r. współorganizował koło Polskiego Związku Głuchych w Chorzowie, organizował też kilka innych kół na Śląsku: w Rudzie Śląskiej, Lipinach Śląskich, Katowicach, Rybniku, Pszczynie, Mikołowie. Był prezesem Klubu Sportowego Głuchych w Pszczynie. Przez kilka lat prowadził Apostolstwo Niesłyszących w całej Polsce.

Ogromnie ważne było dla niego to, by ludzie niesłyszący zdobywali wykształcenie. Uczył ich czytać i pisać, chciał, by normalnie funkcjonowali w społeczeństwie.

Sam był jednym z dwóch pierwszych niesłyszących maturzystów na Śląsku. Zapisał się do technikum, gdy już pracował w zakładzie Elwo w Pszczynie. Zwrócił się z prośbą o skierowanie do nauki w technikum mechaniczno-elektrycznym w Bielsku-Białej – okazało się, że są z tym bardzo poważne trudności, nie chciano go przyjąć, bo w tamtych czasach nie wiedziano, jak uczyć głuchych. Pan Ludwik musiał pisać wniosek do ministerstwa oświaty w Warszawie o pozwolenie na naukę. Jak mi opowiadał, do matury dotrwał on i jeszcze jego głuchy kolega, a poza tym tylko jeszcze trzy osoby, reszta (słyszący) powtarzała klasę.

Dla Słonimiaków

Niezwykła była jego działalność mająca na celu dotarcie do słonimian rozsianych po Polsce, by mogli kultywować pamięć o rodzinnych stronach. Dotarł do około tysiąca osób. Organizował dla nich zloty, spotkania, pielgrzymki, wycieczki do Słonima. Organizował to, mimo trudnych czasów komunistycznych i mimo ograniczeń związanych ze swą niepełnosprawnością (mógł kontaktować się jedynie listownie). Pierwsze spotkanie Słonimiaków zorganizował w 1981 r. w Szymanowie. Potem były kolejne – w Białymstoku, Białowieży, Warszawie itd. Dokumentuje je „Księga pamiątkowa zlotów miłośników miasta Słonima”.

W latach 1991-1997 organizował kolonie w Polsce dla dzieci ze Słonima. Chciał, by nie zapominały o swych polskich korzeniach. Każdego roku przez trzy tygodnie w Pszczynie na Śląsku gościły 28-osobowe grupy. Były dla tych młodych organizowane wycieczki do Częstochowy, Wadowic, Krakowa, Kalwarii, w Beskidy itd. Dzieci gościły w polskich rodzinach. Większość ukończyła wyższe studia w Polsce lub na Białorusi. Pan Ludwik w późniejszych latach miał z nimi kontakt przez Internet. Do Słonima w latach 90. pan Ludwik jeździł też parę razy w roku, wożąc dary, głównie lekarstwa i książki.

fot. Renata Botor-Pławecka

Szachista

Był zapalonym szachistą, i to z wieloma sukcesami w ogólnopolskich i międzynarodowych mistrzostwach. Gry w szachy nauczył się będąc dzieckiem, jeszcze w Słonimie, od pracowników poczty (ojciec Ludwika zajmował się przewozem poczty). Chłopak chodził do świetlicy pocztowej w Słonimie, gdzie starsi pocztowcy grali w szachy. A on tylko się przyglądał.

– Jednego razu dwaj starsi listonosze skończyli grać. Jeden chciał grać dalej, a drugi powiedział, że nie może i musi wyjść. Wtedy postanowiłem zagrać. Listonosz się zdziwił: „Taki smarkacz chce grać w szachy?” – opowiadał L. Kamiński.

Jak się okazało, ku zaskoczeniu dorosłych szachistów, szybko wygrał kolejne partie. Szachowa pasja została na całe życie. Gdy został deportowany do Kazachstanu, całą wioskę nauczył grać w szachy – figurki rzeźbił w drewnie i ziemniakach. Po wojnie zorganizował w Chorzowie pierwszą sekcję szachową głuchych w Polsce.

Wzór

Pierwszy wywiad, którego mi pan Ludwik udzielił, miał ciąg dalszy. Po publikacji skontaktował się ze mną starszy pan, który 40 lat szukał krajana ze Słonima. I znalazł w panu Ludwiku osobę, która mogła mu o miejscu jego dzieciństwa na Kresach opowiedzieć wszystko. Spotkaliśmy się wtedy u pana Ludwika. Znów pomagała w tłumaczeniu Anna Hylak. Panowie wspominali różne zakątki z dzieciństwa, oglądali zdjęcia, plany miasta. Pan Ludwik miał pudła pełen różnych materiałów i słonimskich pamiątek, w tym albumy ze starymi przedwojennymi zdjęciami.

Potem z  panem Ludwikiem spotykaliśmy przy różnych okazjach: na zawodach szachowych,  na urodzinach zorganizowanych przez niesłyszących, w siedzibie Pszczyńskiego Stowarzyszenia Niesłyszących i najczęściej w jego domu. Gdy nie mieliśmy w pobliżu tłumacza migowego, rozmawialiśmy, pisząc na kartkach. Pan Ludwik zawsze miał przygotowany stosik kartek.

W 2015 r. Ludwik Kamiński znalazł się w gronie pięciu osób z całej Polski nominowanych do prestiżowej Nagrody im. Jana Rodowicza „Anody” w kategorii „Postawa życiowa stanowiąca wzór do naśladowania dla młodych pokoleń”. Uroczysta gala podsumowująca konkurs odbyła się w Warszawie, w Muzeum Powstania Warszawskiego. Wcześniej muzeum nakręciło film o bohaterze ze Słonima i Pszczyny.

W 2017 r. wydane zostały pamiętniki Ludwika Kamińskiego – pod tytułem „Wspomnienia dziecka – zesłańca z Kazachstanu” (wydało je Pro Memoria. Stowarzyszenie Bitwy pod Pszczyną 1939).

Na spotkaniu promującym książkę, w marcu 2018 r., Ludwik Kamiński zapytany o to, co jest w życiu najważniejsze i co chciałby przekazać kolejnym pokoleniom, odpowiedział, że ważna jest przede wszystkim rodzina: – W każdej rodzinie trzeba dużo rozmawiać, kontaktować się ze sobą jak najwięcej, wzajemnie sobie pomagać i się wspierać – mówił. Jak dodał bardzo wzruszony, on ma wsparcie w rodzinie i przyjaciołach.

Renata BOTOR-PŁAWECKA

 

2 KOMENTARZE

  1. Самые искренние соболезнования. Очень жаль, что с нами больше нет нашего Лёлька. Удивительный был человек. Даже на расстоянии давал энергию и позитивное настроение.

Dodaj komentarz