Zmarła Gertruda Granatyr

1
Gertruda Granatyr (1919-2020), fot. Renata Botor-Pławecka
Reklama

19 grudnia zmarła Gertruda Granatyr z Woli w gminie Miedźna, córka powstańca śląskiego Tomasza Niesyty, pierwszego wójta Woli w latach 1924-1939. Miała 101 lat.

Wychowała się w „domu na pograniczu” – stał przy wale nad wylewającą Wisłą, która w 1918 r. dzieliła od ukochanej Polski (za rzeką mogli szukać schronienia powstańcy śląscy).

Gdy Gertruda miała 13 lat, zmarła jej mama. W domu zostało ośmioro dzieci, z których najmłodsze miało 5 miesięcy.

Pięknie opowiadała, np. o swoich dawnych nauczycielach. Darzyła ich ogromnym szacunkiem.

Gertruda druga z prawej, w środku nauczycielka Anna Pohl; fot. arch. GOK Miedźna

Zapamiętałam jej opowieść o tym, jak wdała się w jakąś awanturę z najgorszymi uczniami w szkole. Nadeszła wtedy nauczycielka – „Hela Białczykówna, wysoko, ładno, wychowanka domu dziecka”. Gertruda usłyszała od niej tylko jedno pytanie: „Trudka, i ty też?”. „Poszłam do niej i przepraszałam. Bo tak zawiodłam jej zaufanie! Dzisio ludzie mało przepraszają. Czasem oglądam, jak uczniowie zachowują się wobec nauczycieli. Potem jednak tak sobie myślę, że nauczyciele uniknęliby tego, gdyby mieli u uczniów szacunek. A ten będzie, gdy zachowa się dystans: wychowawca – uczeń. Na szacunek trzeba sobie zasłużyć” – mówiła mi.

Reklama

Ojciec dbał o wykształcenie córki. Kiedy miała 19 lat, wysłał ją do szkoły gospodarczej w Międzyświeciu, 11 km od Cieszyna. Pani Gertruda była zachwycona miejscem, wycieczkami, tym, czego mogła się tam nauczyć. „Przez te pół roku zwiedziłam całą Polskę! Były wycieczki do Gdyni, Warszawy. Do dziś wspominam koleżanki, to na przykład Bronka Jurczyk z Czechowic, Hela Niezgoda ze Studzionki (poszła za nauczycielka), Haniczka Pasterna z Goleszowa, Helenka Klimszanka, Krysia Gucwan i Ela Krzykalanka (były z Katowic), Wanda Matula ze Świętochłowic, Klara Krzykała z Brzezinki. Dyrektor nazywał się Alojzy Machalica, pochodził z Czechowic. Matka dyrektora nazywała się Teresa Panieńska i bardzo synowi pomagała” – opowiadała mi w wywiadzie w 2019 r. Miała niesamowitą pamięć.

Pięknie opowiadała o swoim ojcu, wymagającym, ale bardzo kochającym.

Z wielkim wzruszeniem opowiadała też o swoim mężu Franciszku. Znali się z Towarzystwa Śpiewu. Ślub wzięli w 1940 r. u salezjanów w Oświęcimiu (nie mogli pobrać się w Woli, bo „Polakom nie wolno było”). Parę dni przed ślubem ukrywający się w czasie wojny ojciec udzielił córce błogosławieństwa – umówili się nad Wisłą, przyszedł, pobłogosławił. Było to dla dziewczyny bardzo ważne.

Męża zabrali do wojska. Codziennie pisał do Gertrudy listy… „Tak daleko byliśmy jeden od drugiego, ale przez to pisanie blisko”. Franciszek zmarł w 1966 r. Pani Gertruda przechowywała listy męża, lubiła je czytać. Miała je poukładane w specjalnym albumie. Przez długi czas mogła je sama czytać. Potem, gdy wzrok już nie pozwalał, lubiła, gdy ktoś jej czytał listy Franka. Miałam zaszczyt czytać pani Gertrudzie na głos te listy…

Zawsze uśmiechnięta. Zawsze życzliwa i gotowa na spotkanie. Kochająca ludzi. Potrafiąca cudownie opowiadać – na co dzień – po śląsku, gdy trzeba było, czystą polszczyzną. Była zresztą miłośniczką literatury pięknej (ubolewała, że z powodu problemów ze wzrokiem nie może sama już poczytać).

W niezwykły sposób łączyła w  sobie przywiązanie do dawnych czasów, tradycji i nowoczesność. Śląskość i polskość. Było to szczere, naturalne.

Z panią Gertrudą można było porozmawiać na każdy temat.

Ostatni raz rozmawiałyśmy telefonicznie (zawsze odbierała telefon), gdy obchodziła 101. urodziny. Była szczęśliwa, że tak wiele osób o niej pamięta.

Pani Gertruda zmarła 19 grudnia. Pogrzeb odbędzie się 23 grudnia w kościele pw. św. Urbana w Woli o godz. 10.00.

Renata Botor-Pławecka

Dom na pograniczu

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here