Chciałem ich ratować. Jak górnicy KWK Ziemowit sprzeciwili się stanowi wojennemu

0
Jedna z masówek w KWK Ziemowit tuż przed stanem wojennym; fot. "Zapiski ziemowickiej Solidarności 1980-2006", MOK Lędziny

Chciałem ich ratować. Jak górnicy KWK Ziemowit sprzeciwili się stanowi wojennemu. „Nowe Info” rozmawia z Antonim Piszczkiem, tyszaninem, który w 1981 r. był dyrektorem kopalni „Ziemowit” w Lędzinach. W grudniu 1981 r. wybuchł tam podziemny strajk przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Działania dyrektora Piszczka oraz płk. Jerzego Szewełły, komisarza wojskowego i ks. kanonika Józefa Przybyły zapobiegły wówczas rozlewowi krwi.

Antoni Piszczek, grudzień 2016 r.; fot. J. Jędrysik

Rozmawia: Jarosław JĘDRYSIK

– Urodził się pan na Kresach.

– Ojciec pochodził z Krakowa, gdzie ukończył Akademię Ekonomiczną. Wtedy, w połowie lat 30., zakładano Polską Kasę Oszczędnościową. Organizowano m.in. oddziały wojewódzkie PKO. Ojciec znalazł się w zespole, który współtworzył ten bank we Lwowie. Tam poznał mamę. Urodziłem się w 1936 r.
We Lwowie przeżyliśmy najpierw wkroczenie sowietów w 1939 r., a w 1941 r. Niemców, którzy zaatakowali ZSRR. Mieszkaliśmy u siebie do stycznia 1942 r., do czasu gdy mama urodziła siostrę. Potem nasze lwowskie mieszkanie zajęli niemieccy urzędnicy. Wyjechaliśmy w rejon Stryja. Tam większość stanowili Ukraińcy, a coraz częściej słyszało się wieści, że na Wołyniu dochodzi do ukraińskich ataków na Polaków. Z czasem niespokojnie było już w sąsiedniej wsi… W końcu przyszli i do nas.

– Ukraińcy chcieli was zamordować?

– W nocy załomotali do drzwi dworu przejętego przez Niemców, gdzie mieszkaliśmy, a tata prowadził księgowość. Ojciec im otworzył, matka nas przytuliła. Było ich pięciu, wszyscy pijani. Każdy z siekierą. Tata zachował się wtedy niezwykle. Nie stracił zimnej krwi. Zaprosił ich do środka, posadził w kuchni, zaproponował wódkę i… opowiadał im dowcipy. Proszę sobie wyobrazić grozę tej sytuacji! Śmierć zagląda nam w oczy, a tu te śmiechy z opowiadanych kawałów. Uratował nas świt. Oni mieli zasadę, że w dzień nie mordowali. Zapowiedzieli się więc nazajutrz i najnormalniej w świecie wyszli.
Uciekliśmy do Generalnego Gubernatorstwa, do Skawiny pod Krakowem. Ojciec pracował tam jako robotnik. Po wojnie dowiedział się w krakowskim PKO, że polskiego Lwowa już nie ma. Zatrudnił się więc w Polskim Urzędzie Repatriacyjnym i organizował transporty Polaków ze wschodu na tzw. ziemie odzyskane oraz wysiedlenia Niemców. Ojciec ściągnął nas w rejon Kłodzka na Dolnym Śląsku we wrześniu 1945 r.

– Jak trafił pan do górnictwa?

– Tata jako człowiek wykształcony nie wyobrażał sobie, że nie pójdę na studia. Ich wybór pozostawił jednak mnie. Powiedział tylko jedno: „Nie bierz się za politykę. To jest brudna rzecz”. To było 1953 r., już po śmierci Stalina. Wybrałem studiowanie geologii (specjalizacja: węgiel kamienny) w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Po dyplomie inżyniera trafiłem do kopalni Wesoła w Mysłowicach. Zamiast jednak pracować jako geolog, znalazłem się w dozorze ruchu górniczego. Aby zostać nadsztygarem czy kierownikiem robót górniczych, ukończyłem zaocznie wydział górniczy AGH. Lubiłem pracować z ludźmi, choć ostrzegano mnie, że dozór to konflikty międzyludzkie, wypadki itp. A ja myślałem tak: „Skurczybyki i bumelanci są w mniejszości. Do ludzi trzeba podchodzić z zaufaniem i otwartym sercem”. Takie podejście i doświadczenie pracy w dozorze przydało mi się potem na „Ziemowicie”.

– Od kiedy należał pan do partii?

– W czasie dwuletniego epizodu na starym „Piaście” w Lędzinach i podczas trzech lat pracy w KWK „Bolesław Śmiały” w Łaziskach Górnych – jako naczelny inżynier – byłem już w partii (od końca lat 60.), ale wkrótce się tej partii naraziłem.
W połowie lat 70. zostałem dyrektorem kopalni Murcki. Wezwano mnie do Komitetu Miejskiego PZPR. Eleganckie meble, kawa w porcelanie… „Słuchajcie towarzyszu Piszczek, oprócz zadań zawodowych, mamy dla was też zadanie partyjne”. Myślałem, że może będę robił jakieś szkolenia partyjne. A oni: „Wiecie jest przygotowany teren, jest projekt. Kopalnia jako inwestor wybuduje osiedle domków jednorodzinnych w Katowicach. Jak to dobrze przeprowadzicie, to jeden z tych domków będzie wasz. Co wy na to?”. Poprosiłem o czas do namysłu. Nie znałem przecież kopalni, zaplecza technicznego i ludzi. Po trzech tygodniach odmówiłem. Uznałem, że siłami tej małej, starej kopalni nie da się tego zrobić. Kazali mi dopić kawę, a od następnego miesiąca podnieśli mi plan o tysiąc ton. Nie było szans go wykonać, więc kopalnia była na minusie, nie było premii, ludzie nie zarabiali. Tak było przez trzy lata. W 1978 r. dali mi wypowiedzenie, a za nierealizowanie planów wydobywczych naganę partyjną.
Szukałem pracy. W budującej się bieruńskiej kopalni „Piast” czy w kopalni „Siersza” koledzy dyrektorzy chcieli mnie przyjąć, ale zjednoczenie im nie pozwoliło. W końcu na „Bolesławie Śmiałym” dyrektor mógł mnie zatrudnić, ale tylko na szczeblu niższego dozoru. Przyjąłem tę pracę, choć z tej kopalni odchodziłem na dyrektora. Musiałem przecież utrzymać rodzinę.

Antoni Piszczek w 1980 r., kiedy został dyrektorem KWK Ziemowit

– Jak to się stało, że z tych górniczych nizin awansował pan na dyrektora największej kopalni w Europie?

– Partyjne wiatry zmieniły dyrektora w zjednoczeniu węglowym. Nowy kazał mi się stawić u siebie. „Będzie pan u mnie inspektorem”. Jeździłem więc od kopalni do kopalni… Piąłem się w górę, bo dyrektorowi spodobało się, że robię swoje i nie owijam w bawełnę.
Nadszedł sierpień 1980 r. W kopalni „Ziemowit” powstała silna, legalna już Solidarność. Tam załoga wyprowadziła dyrektora z zakładu, choć obyło się bez taczki. Był tam kilkutygodniowy wakat. I wtedy właśnie do mnie, do zjednoczenia, przybyła grupa ośmiu ludzi, kompletnie mi nieznanych z propozycją, abym został dyrektorem ich kopalni. Okazało się, że byli to związkowcy z „Ziemowita”. W tej ósemce byli też przywódcy późniejszego strajku. Chcieli tylko wiedzieć, czy się zgadzam. Wiedzieli, gdzie mieszkam, ile mam dzieci, jak one mają na imię itp. „Skąd tyle o mnie wiecie, bo ja o was nic nie wiem?” A oni na to: „Myśmy byli na Wesołej jak pan tam pracował. A my na Bolesławie, kiedy pan tam był, a my na Murckach… I wszędzie są dobre opinie”. Powiedziałem: „To marzenie każdego inżyniera być dyrektorem takiego giganta. Ale załatwienie tego leży poza mną i wami”. Oni na to: „To jest nasza sprawa”. Pożegnali się i poszli. Potem okazało się, że dotarli do ministra górnictwa i za 3-4 dni (październik 1980 r.) zostałem wezwany do Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Mianowano mnie dyrektorem „Ziemowita”. Powiedzieli tylko: „Towarzyszu Piszczek, partia wam ufa”. Pomyślałem wtedy: „Tak…, teraz”.

– Nie obawiał się pan, że NSZZ Solidarność będzie chciała wpływać na pana decyzje, bo jest pan „ich dyrektorem”?

– Próbka takich działań była już w pierwszych dniach mojego dyrektorowania, podczas przedstawiania mnie aktywowi Solidarności. Przewodniczący Kazimierz Kasprzyk zapytał czy są do mnie jakieś pytania. „Czy dyrektor należy do Solidarności?” – padło pierwsze. Odpowiedziałem, że nie. Patrzą wtedy wszyscy po sobie, jakby chcieli powiedzieć „Kogo ten Kasprzyk przyprowadził”. Pada drugie pytanie: „Ale teraz to się dyrektor zapisze?”. Mówię, że nie mam takiego zamiaru. Zrobiło się cicho. „Wiem, że was tu z 10 tys. zapisało się do Solidarności. Mam do was też pytanie: czy wam jest potrzebny jeszcze jeden członek związku, czy potrzebujecie dyrektora? Bo ja przyszedłem tu być dyrektorem” – powiedziałem. To ucięło dyskusję raz na zawsze. Miałem wolne ręce do pracy. Wprowadziłem zasadę, że kiedy pojawiały się problemy, a wtedy były one nagminne, to spotykałem się z przewodniczącym Solidarności, pierwszym sekretarzem podstawowej organizacji partyjnej i szefem starych związków. Nie wychodziliśmy z pokoju, dopóki danego problemu nie rozwiązaliśmy. Nie mogłem doprowadzić do antagonizmów, żeby potem każdy lider przed swoimi coś udowadniał… O nie, interes jest jeden, bo zakład jest jeden.

Członkowie kierownictwa NSZZ Solidarność w KWK Ziemowit w 1980 r. Pierwszy z lewej (z wąsem) Mirosław Storczyński – jeden z przywódców podziemnego strajku. Na pierwszym planie Kazimierz Kasprzyk, szef ziemowickiej Solidarności – internowany w dniu wprowadzenia stanu wojennego

– O zamiarach wprowadzenia stanu wojennego wiedział pan wcześniej?

– Cały czas było niespokojnie, nastroje społeczne rozhuśtane. Zaopatrzenie w zasadzie nie działało. Czuło się, że coś będzie, ale co, kiedy i jak to będzie wyglądało, to nie miałem zielonego pojęcia.

Pułkownik Jerzy Szewełło na zdjęciu z lat 70.; fot. archiwum Aleksandry Nowackiej

Jesienią 1981 r. na kopalnię przyjechał ze stolicy podpułkownik Jerzy Szewełło. Mówił, że przyjechał na kontrolę jak jesteśmy przygotowani na wypadek wojny. Czy mamy schron przeciwatomowy, maski przeciwgazowe… Sprawdzał ewidencję zwolnionych z wojska itd. Pomyślałem wtedy: to dziwne, że do takiej administracyjnej roboty przyjeżdża tak wysoki oficer ze sztabu generalnego w Warszawie. Mówił, że pierwszy raz jest na Śląsku i pierwszy raz na kopalni. Chciał zjechać na dół. Spełniłem jego prośbę. Bardzo mu się podobało.

– Dlaczego?

– Przychodzi do mnie sztygar, melduje mi ile ma ludzi, co akurat robi. Podpułkownik mówi, że na dole jest jak w wojsku! Kiedy dowiedział się, że mam pod sobą 11 tys. pracowników, to byłem dla niego jak generał brygady. Uczestniczył w porannych odprawach z kierownictwem kopalni. „Jak to możliwe, że wy takie odprawy robicie w 15 minut, a u nas w sztabie generalnym trwają one po cztery godziny?” – pytał. Ciągle zestawiał naszą rzeczywistość, w której się znalazł, z tą wojskową.
On już wtedy wiedział, że będzie naszym komisarzem i co się szykuje. Ja nie. Dopiero kiedy wezwano mnie na kopalnię w sobotę wieczorem 12 grudnia 1981 r., na kilka godzin przed wprowadzeniem stanu wojennego i zobaczyłem ppłk. Szewełłę, wszystko stało się jasne. Pomyślałem wtedy: dzięki Bogu, że on. Znam już tego faceta. Wtedy, jesienią, trochę pogadaliśmy. Ja o swoim Lwowie, a on swoim o Wołyniu, skąd jego rodzinę Stalin wywiózł na Syberię.

– Jak zaczął się strajk?

– Jeszcze nad ranem 13 grudnia załoga dowiedziała się o wprowadzeniu stanu wojennego i internowaniu Kazimierza Kasprzyka, szefa zakładowej Solidarności. Rozpoczęły się masówki. 15 grudnia podczas wyjazdu II zmiany o godz. 21.20 zatrzymały się klatki. Górnicy zablokowali je stalowymi dźwigarami. Na początku pod ziemią znajdowało się 2028 ludzi. Z czasem, ze względu na stan zdrowia i osobiste decyzje, połowę ludzi wyjechało lub wyszło na powierzchnię. W ostatnim dniu strajku pod ziemią pozostawało 990 górników. Siłą ich tam nikt nie trzymał. Z tego co wiem, udział w strajku był dobrowolny. Kto chciał, mógł wyjechać.
Sytuacja była wyjątkowa, więc od razu podjąłem decyzję, że zakład będzie funkcjonował jak podczas akcji ratowniczej. Naszym zadaniem było uratowanie tych ludzi. W sztabie ratowniczym byłem ja, moi zastępcy Adrian Winkler i Marian Zając oraz ppłk Jerzy Szewełło i ks. Józef Przybyła z Hołdunowa. Podjąłem też decyzję o otwarciu bram kopalni. Na cechownię mogły wejść rodziny i każdy zainteresowany. Wkrótce z dołu dotarły trzy żądania protestujących: odwołać stan wojenny, uwolnić zatrzymanych działaczy Solidarności oraz przywrócić prawa obywatelskie i demokratyczne.

Ks. bp Herbert Bednorz i Kazimierz Kasprzyk, szef NSZZ Solidarność w KWK Ziemowit, Barbórka 1980 r.

– Codzienne komunikaty do strajkujących przez zakładowe radio – to był pana pomysł?

– Nieufność tych na dole do nas była duża, szczególnie na początku. Uznałem jednak, że muszę informować ich szczerze o sytuacji i namawiać do wyjazdu. Mówiłem z głowy. Bez przygotowania. Te odezwy nagrywał na magnetofon Mirosław Górski, kierownik rozgłośni kopalnianej i potem odtwarzał. Swoje za to wycierpiał. Esbecy szukali potem tych nagrań u niego w domu, ale one były zdeponowane u mnie w garażu. Przetrwały do dziś.
Strajkujący myśleli, że stoi cała Polska. Takie były przecież założenia Solidarności. Najtrudniej było ich przekonać, że nie pracuje tylko „Ziemowit” i sąsiedni „Piast”. Nie wierzyli w to. Kazali puścić sobie po kablach Wolną Europę. Około 18 grudnia wysłali na powierzchnię jednego człowieka, który miał rozeznać, czy inne zakłady pracują i czy jeżdżą pociągi, tramwaje autobusy. Dałem mu przepustkę i wyjechał z kierowcą ciężarówki, rzekomo z częściami do zakładów naprawczych. Nazajutrz ten górnik wrócił i naocznie mógł przekazać kolegom jak jest. Myślę, że to był dla nich straszny cios. Jednak wszyscy pracują, kraj nie stoi. Nie tak miało być.

– To mogła być dla nich najcięższa, przełomowa chwila. A pana najtrudniejszy moment?

– Założenie naszego sztabu było takie, że doprowadzimy strajk do końca bez interwencji zewnętrznej. Tymczasem w nocy 20 grudnia pod kopalnią pojawiły się czołgi z jednostki pancernej w Opolu. Pod bramę podjechał łazikiem major Zuterek z rozkazem zajęcia kopalni. Pytał o bramy, którymi może wjechać. Ppłk Szewełło blefował, że to jakaś pomyłka. „My tu strajk kończymy”. A major na to, że jego to nie obchodzi, bo ma rozkaz. Szewełło ostro do niego, że nie wjadą. „To jest panie pułkowniku kula w łeb dla pana” – mówił major. „Niech strzelają, ale nie wjedziecie, bo nie ma takiej potrzeby” – odparł Szewełło i zadzwonił do generała Łazarczyka, szefa Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Katowicach. Wszyscy w biurze przysłuchiwaliśmy się tej rozmowie, major też.

„Generał śpi? To zbudzić! My tu kończymy strajk, a wyście nam czołgi posłali” – powtórzył przełożonemu Szewełło.

Z tamtej strony słuchawki też było ostro. W końcu jednak, proszę sobie wyobrazić, generał wstrzymał zajęcie kopalni o 12 godzin. Wtedy ppłk Szewełło nakazał majorowi cofnąć czołgi o 500 metrów od bram kopalni.

Masówka w cechowni KWK Ziemowit, 1981 r.

– Strajkujący dowiedzieli się o tym zdarzeniu?

– Przekazaliśmy im, jak wygląda sytuacja. Przemówiłem do nich dramatycznie, żarty się się kończyły. Jeszcze tu jestem i coś ode mnie zależy. To ostatnia szansa na wyjazd. Klatka została odblokowana, koła pracują, a więc wyjeżdżają. Wyjeżdżają! Ale po jakimś czasie szyb znowu znieruchomiał. Potem się okazało, że górnicy zrobili głosowanie na swoich oddziałach, czy wyjeżdżać. Zdecydowały się tylko 2-3 oddziały. Jak dziś pamiętam – do południa 21 grudnia na powierzchni znalazło się 137 osób. Reszta mówi: „Nie wyjeżdżamy, bo tu jesteśmy wolni”. Pomyślałem wtedy, że to już koniec. Będzie tragedia. Pozostaje tylko kwestia, czy to wszystko będzie wysadzone, utopione czy otrute.

– Podjął pan wtedy jakieś decyzje?

– Siedem dni nie byłem w domu, prawie w ogóle nie spałem i nie jadłem. W ciągłym napięciu. Wtedy wpadłem w szał. „To jest niemożliwe. Jaki bezsens! W imię czego to wszystko!”

Nie kontrolowałem się. Biegałem po gabinecie. Rzucałem wszystkim, co wpadło mi w ręce: popielniczkami, krzesłami, telefonami, skrzynką z wodą… Butelką waliłem o kant biurka aż się rozprysła i zraniła mojego zastępcę Adriana Winklera.

Wszystko obserwowali moi współpracownicy. Stali osłupiali, tylko podpułkownik nie stracił zimnej krwi.
Przytrzymywał nogą drzwi, aby nikt nie wszedł. Kazał moim zastępcom wyprowadzić ludzi z sąsiednich pomieszczeń, a mnie przeprowadził do sali konferencyjnej. Położył mnie na stole i przykrył jakaś zasłoną. Siedział ze mną z dwie godziny. Mówił do mnie łagodnie. „Poleż sobie, odpocznij, oni się wszystkim zajmą”. Zaczął mi opowiadać o polowaniach, żeglarstwie. Nie o kopalni i strajku. Kiedy doszedłem do siebie, powiedział: „Przesunęli ultimatum o kolejną dobę. Antoś ty mogłeś tu życie skończyć. W skrajnym wzburzeniu mogło ci pęknąć serce”. Od tamtego czasu Jurek był mi jak brat i zaczęła się nasza przyjaźń.

– Wchodziła w grę podziemna pacyfikacja?

– Górnicy raczej nie dopuściliby, aby wojsko zjechało na dół. Na początku strajku dostali się do składu materiałów wybuchowych. Pobrali materiał, a jego wiązki rozlokowali w różnych miejscach. Mogli zdetonować je w szybie, przy rurociągu, kablach energetycznych. Mieli też materiały wybuchowe przy sobie na podszybiu. W panice, nerwach i pod presją wszystko mogło się zdarzyć. Wojsko z kolei kombinowało, czy puścić pod ziemię z powietrzem odurzające gazy psychotropowe. Nie zrobiono tego jednak. Ci w Katowicach musieli się wystraszyć. Dół kopalni dla mundurowych był obcy, a strajkujący znali go doskonale. Dawali więc nam kolejne dobowe odroczenia.

– Na początku strajku miał pan u siebie gościa, którego wizyta nie nastrajała optymistycznie co do szczęśliwego zakończenia protestu.

– Na drugi dzień po pacyfikacji kopalni „Wujek”, ale jeszcze przed przyjazdem czołgów pod „Ziemowit”, pojawił się u mnie wojskowy – pułkownik Piotr Gębka. Chciał rozmawiać tylko ze mną, ale nie w gabinecie. „Tu na pewno są podsłuchy” – stwierdził. Na podwórku powiedział mi z przejęciem: „Ja jestem tym, którym prowadził Wojsko Polskie na kopalni Wujek. Ja przeprowadziłem ten atak. Zrobimy tu to samo, bo to za długo trwa”. Odpowiedziałem mu, że przecież bramy kopalni są otwarte, na powierzchni nikt nie stawia oporu. Nie ma żadnych barykad. Na powierzchni, pod figurą św. Barbary, są tylko modlące się i płaczące rodziny. Na koniec dodałem: „Oni są na dole. Pan się do nich nie dostanie. Szyb jest zablokowany przez nich. Nie da się zjechać. Mają materiały wybuchowe, a w szybach są rurociągi odwadniające pod ciśnieniem 50 atmosfer. Ich przerwania nikt nie przeżyje. Niech pan powie to w Katowicach: metody z Wujka tu się nie sprawdzą”.

– Napięcie pod ziemią, napięcie u was w sztabie, a jak reagowały rodziny?

– Jak wspomniałem – modlitwa, płacz przed św. Barbarą na cechowni. Były próby namawiania do wyjazdu mężów, braci, synów. Szczegółów nie znam, bo nie miałem czasu tam chodzić. Szacuję jednak, że dziennie przebywało tam ok. 400-500 osób.

– Górnicy przebywali pod ziemią 10 dni. Musieli coś jeść, pić, zażywać lekarstwa. Jak to wszystko było załatwiane?

– Spontanicznie. Jak 15 grudnia zaczął się strajk, ludzie z kolejnych zmian o tym nie wiedzieli. Przychodzili do roboty. Każdy miał swoje kanapki. Zostawiali te śniadania na scenie w cechowni. Znalazły się zaraz kobiety, które to wszystko należycie zabezpieczały i opuszczaliśmy jedzenie na dół. Ludzie przynosili jedzenie codziennie, część zaopatrzenia przygotowywano też w zakładowej stołówce. Na dole jest prąd, elektrycy zrobili duże grzałki. Posyłaliśmy więc im suchą herbatę. Parzyli ją sobie z czystej wody, która tłoczona jest rurociągiem z powierzchni.

– Jak było ze zdrowiem strajkujących?

– Chorzy wyjeżdżali z dołu. Były różne przypadki – zatrzymanie akcji serca, padaczka… Każdy lekarz, który był wtedy na dole, mówił to samo: każdy z nich kwalifikuje się do wyjazdu. Pobyt na dole przez tak długi czas był szkodliwy nawet dla tych zdrowych.

– Rola księży w rozwiązaniu tego konfliktu była nie do przecenienia.

– Byłem codziennie w kontakcie telefonicznym z ks. bp. Herbertem Bednorzem. Kilka razy też u niego byłem. Żywo interesował się naszą sytuacją. Przecież podczas Barbórki, 10 dni przed stanem wojennym, odprawiał mszę św. na cechowni kopalni. Biskup mówił mi, że mam prowadzić rozmowy, zachęcać do wyjazdu. „Ale oni nie chcą nawet rozmawiać”. Biskup na te słowa się zdenerwował. „To jest pański obowiązek. Pan za nich odpowiada. Oni wyjadą. Niech pan ponawia prośby o rozmowy i wyjazd”. Ja na to: „To może zjadę do nich”. Biskup Bednorz: „Tylko nie to. Pan rządzi. I dopóki tak jest, to oni mają przybyć do pana biura”.

– Mówi pan o biskupie Bednorzu. A rola ks. Józefa Przybyły?

– Ksiądz Józef Przybyła budował wtedy kościół pw. Chrystusa Króla w Hołdunowie, początkowo bez zezwolenia władz. Proboszczem został w wieku 40 lat, umiał rozmawiać z ludźmi i oni go szanowali. Na kopalni był codziennie, a raczej co noc, po załatwieniu swoich obowiązków w parafii. Załoga chciała żeby do nich zjechał. Ja myślałem, zresztą ksiądz też, że wzywają go, aby negocjować warunki wyjazdu. Tymczasem górnicy chcieli, żeby udzielił im absolucji generalnej (grupowego rozgrzeszenia, którego dokonuje się w wyjątkowych sytuacjach, np. przy nagłym niebezpieczeństwie śmierci).

– W końcu jednak wyjechali.

– Na trzy dni przed końcem strajku pierwsza trzyosobowa delegacja z dołu przybyła na rozmowy. Chyba zdali sobie sprawę, że osamotniony protest nie ma sensu. Zarośnięci, zmęczeni… Do dziś nie wiem, kto to był. Celowo nie pytaliśmy o nazwiska, aby potem im nie zaszkodzić. Przez trzy dni rozmawialiśmy po kilka godzin, zawsze nocą. „Nie dopuście, żeby święta były na dole. Wszyscy są już na wyczerpaniu” – przekonywałem. W końcu się zgodzili. Będzie wyjazd, ale są warunki. Trzy: żebym potwierdził, że jestem jeszcze dyrektorem; żądali gwarancji bezpiecznego powrotu do domu i niezapisywania im dni strajku jako bumelek. Ppłk Szewełło też musiał podpisać te ustalenia. Ok. 6.00 rano 24 grudnia zaczął się wyjazd. Wszyscy umyli się w łaźni. Autobusy zabrały ich do domu. Dwaj szefowie strajku wyjechali jako ostatni. Przyszli do gabinetu się przywitać i przedstawić. Byli to Mirosław Stroczyński i Adam Wawrzuta.

– Zastanawia mnie, jak pod ziemią przez tyle dni udało się utrzymać porządek pośród tysiąca ludzi.

– Dyscyplina to jedno, ale po świętach mogliśmy od razu przystąpić do fedrowania. Wszystko działało jak należy. Byłem tym zdumiony. Podczas strajku górnicy o to zadbali. Robili codziennie obchody. To zasługa wielu, ale w szczególności trzech ludzi dozoru: Ignacego Stawarza, Andrzeja Mądrzaka i Ryszarda Liszki. On byli w sztabie strajkowym, ale i dbali o utrzymanie ruchu kopalni.

– Po Bożym Narodzeniu zaczęły się aresztowania i proces.

– Służba Bezpieczeństwa wszędzie miała swoje wtyki. Na dole oczywiście też. Mieli rozeznanie. Zresztą siedzieli też na kopalni. Pozwolili przywódcom strajku spędzić święta w domu. Dopiero potem zaczęły się zatrzymania. 1 lutego 1982 r. Sąd Wojskowy w Katowicach skazał 9 organizatorów strajku: Mirosław Stroczyński – 7 lat więzienia, Adam Wawrzuta – 5 lat, Krzysztof Sinkiewicz – 4,5 roku. Po trzy lata dostali: Andrzej Opitek, Eugeniusz Krystian, Roman Wieczorek, Artur Opolski, Roman Zacha i Hubert Żołna. Wobec Ignacego Stawarza i Czesława Czarnynogi umorzono postępowania.

Płk Jerzy Szewełło i ks. kanonik Józef Przybyła w 2001 r.;

– W książce „Niezłomny” o Jerzym Szewelle, którą niedawno napisała jego siostra Aleksandra Nowacka przeczytałem, że pułkownik za swoją postawę na „Ziemowicie” został zawodowo ukarany, ale niczego nie żałował, bo miał czyste sumienie.

– Wojsko jak partia – nie zapominało. Przecież jak zadzwonił szef Śląskiego Okręgu Wojskowego z Wrocławia, to też groził Jurkowi rozstrzelaniem. On wtedy do tego generała mówi:

„Rozstrzelajcie mnie, ale mam prośbę, zajmijcie się moimi dziećmi i matką, która mnie i troje rodzeństwa uratowała od śmierci głodowej na Syberii. Nie zajmujcie kopalni. Na Ziemowicie drugiego Wujka nie będzie”.

Po tym wszystkim wysłali go na przedwczesną emeryturę i wstrzymali awans. Pułkownikiem został dopiero w III RP.
Jednak ludzie w Lędzinach prawidłowo go odczytali. Jeszcze jesienią 1981 r., podczas rozmowy z Kazimierzem Kasprzykiem, szefem zakładowej Solidarności, przysiągł na sztandar związku (ucałował go), że nie dopuści do tragedii. Na samym początku strajku deklarował jasno górnikom: „Nie przyjechałem tu do was strzelać”. Pas z pistoletem i nabojami zdeponował w sejfie w moim gabinecie. Tylko ja miałem do niego klucz. Chodził po kopalni bez broni. To był psychologicznie dobry ruch.
Kiedy zakończył się strajk, pojechaliśmy do bp. Bednorza go o tym powiadomić: ja, Jurek i ks. Przybyła. Biskup zapraszał nas na wieczerzę wigilijną. Podziękowaliśmy. Ja od 10 dni nie widziałem się z rodziną, ks. Przybyła musiał być w parafii, a Jurek – okazało się – został zaproszony na Wigilię przez jednego z górników – Zygfryda Ścierskiego. Wspominał potem, że była to najpiękniejsza Wigilia w jego życiu.
Jerzy przyjeżdżał do nas, często na Barbórkę. Został Honorowym Obywatelem Lędzin. Każdy chciał go gościć. Była o to swoista rywalizacja. Zmarł na wylew w 2013 r. Przemawiałem nad jego grobem. Trumnę nieśli górnicy „Ziemowita”.

– Strajk z grudnia 1981 r. był najważniejszym wydarzeniem w pana życiu?

– Na pewno jednym z najważniejszych. Na studiach nie uczyli mnie, jak się rozwiązuje strajk z 2 tys. ludzi pod ziemią. Kiedy wszyscy już wyjechali, dwaj moi zastępcy Adrian Winkler i Marian Zając powiedzieli mi: „Myśmy nie wierzyli że to się uda. Myśleliśmy, że podążamy w przepaść, ale robiliśmy to, co pan nam kazał i okazało się, że pan miał rację”.
Dyrektorem „Ziemowita” byłem jeszcze do marca 1983 r.

WYWIAD UKAZAŁ SIĘ W WYDANIU PAPIEROWYM „NOWEGO INFO” – NR 45 Z 13 GRUDNIA 2016 R.

Dodaj komentarz