Na postoju i w drodze – opowieść o tyskich taksówkarzach

0
Leon Małek był jednym z pierwszych tyskich taksówkarzy. Na zdjęciu pozuje przy swoim chevrolecie deluxe na starotyskim rynku. Za nim widać budynek, którego ruiny stoją dziś przed Teatrem Malym; fot. archiwum Janusza Małka

Bywają sytuacje, gdy nie możemy usiąść za kółkiem. Kiepskie samopoczucie, powrót z imprezy po wypiciu alkoholu czy brak prawa jazdy… Wtedy sięgamy po telefon i zamawiamy kierowcę z wozem do naszej dyspozycji. Zwykle kiedy wsiadam do taksówki, interesuje mnie tylko to, za ile i jak szybko dojadę do celu. Patrzę ukradkiem na licznik, denerwuję się: czemu ten facet za kółkiem nie depnie trochę w gaz, tylko się wlecze i nabija licznik? Być może myślałbym zawsze jak przeciętny pasażer, gdyby nie moje spotkanie z Eugeniuszem Heliosem. Namawiał mnie do opisania historii przewozu osobowego w Tychach. Po krótkim namyśle postanowiłem wykorzystać jego wieloletnie doświadczenie i emocjonalne zaangażowanie w tę profesję.

TEKST: MARCIN ZARZYNA

– Tu jest moje pierwsze auto – mówi Eugeniusz Helios, pokazując zdjęcie kremowej warszawy. Mija 48 lat odkąd stanął na postoju taksówek. – W 1969 r. wyszedłem z wojska. Rok później miałem już prawo jazdy drugiej kategorii. Chciałem zostać kierowcą autobusu miejskiego (Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne), ale stwierdzono, że kierowca autobusu musi mieć 24 lata, a ja miałem 21. Kupiliśmy wówczas nową warszawę i kolega Pawełczyk mnie namawiał: „Przyjdź na postój, masz fajne auto” i tak zacząłem tę przygodę, która trwa do dzisiaj. (…)

Eugeniusz Helios i jego pierwszy wóz – kremowa warszawa; fot. archiwum E. Heliosa

Najczęściej stałem na placu Bieruta (dziś plac Baczyńskiego). Nie było wówczas komórek, ale była inna forma kontaktu. Stał tam taki zadaszony automat i klienci mogli zamawiać taksówkę telefonicznie. Kiedy ktoś dzwonił, świeciła się lampka sygnalizująca połączenie. Takie telefony były jeszcze na dworcu PKP i pod Azetem. Najczęściej stało się po prostu na postoju i czekało na klienta. Albo ktoś znajomy dzwonił na domowy telefon, jeśli chciał zamówić taksówkę na następny dzień.

Pionier
Pierwszym tyskim taksówkarzem był Wilhelm Plewnia (ur. 10. 07.1911 w Tychach; zm. 24.09.1975 w Katowicach), na co dzień przez znajomych nazywany Wilemem. Jeździł samochodem pobieda (numer rejestracyjny ST 5006), który śmiało możemy nazwać pierwszym tyskim wozem do przewozu osób. To ta radziecka marka po uruchomieniu w Polsce seryjnej produkcji przerodzi się w słynną „Warszawę”.

– Ojciec był fanatykiem motoryzacji – mówi Ewa Kozłowska, córka Wilhelma Plewni. – Już przed wojną miał motocykl. Praktycznie całe życie poświęcił mechanice. Jego pierwszym samochodem był niemiecki wanderer. (…) – Nasza mama zmarła dość wcześnie i kiedy byłyśmy małe ojciec ożenił się ponownie. Druga żona, Anastazja (z domu Gizdoń) podzielała jego zainteresowania. Była – według słów ojca – pierwszą kobietą w Tychach, która posiadała prawo jazdy –  kontynuuje E. Kozłowska.

Wilhelm Plewnia (1911-1975), zwany Wilemem – prawdopodobnie pierwszy tyski taksówkarz; fot. archiwum Ewy Kozłowskiej

Niebezpieczne kursy
– Koledze (nr boczny 76) zarzucono szyję pętlę, podduszono go i pocięto nożem. Młodzi ludzie wywieźli go do Urbanowic. To jeden z drastyczniejszych przypadków… – wspomina Eugeniusz Helios.

– W Cielmicach miałem zdarzenie z pijanym pasażerem, który próbując wyjść bez zapłacenia za kurs zadał mi niespodziewanie cios w twarz. Na szczęście jego ręka nie była zbyt wielka, taka koścista raczej, a i ja byłem wtedy młody, więc dałem radę wybiec z auta. Złapałem go i wcisnąłem z powrotem na tylne siedzenie. Potem gazem na komendę milicji. Tam wyjaśniłem dyżurnemu, co się stało. W ciągu godziny temat został całkowicie wyjaśniony. Ja nie spałem przez noc, ale on nie mógł leżeć na plecach pewnie z tydzień. I na piechotę musiał wracać do Cielmic – opowiada E. Helios.

Pierwszy mercedes wśród tyskich taksówek należał do Józefa Janty. Na zdjęciu przed Urzędem Stanu Cywilnego przy al. Rewolucji Październikowej (dziś Niepodległości). fot. autor nieznany

– Innym razem klienci kazali mi się wieźć się na Gronie (dzielnica Mikołowa), ulicą Mikołowską, tam, gdzie się te skałki zaczynają. Była ciemna noc. Zaczęli wysiadać. Złapałem jednego za ramię i upomniałem się o należność. On poklepał mnie znacząco po ramieniu i powiedział: „A tak piechty do Tychów byś nie poszeł?” Ja sam nocą i tych trzech… Wolałem odpuścić.

Młotkiem w oko i nożem w gardło
– Generalnie w Tychach było dość spokojnie. Dopiero jak w latach 80. postawiono Hotel Tychy, no to trochę zaczęło się dziać – snuje swoją opowieść E. Helios. – Kierowca Stanisław – numer boczny 49… Pasażerowie wzięli kurs na cegielnię w Czułowie. Jeden z nich zaatakował go znienacka młotkiem. Podczas zadawania ciosu obuch spadł z trzonka, trafiając kierowcę w oko, które zostało uszkodzone. Pamiątką po tym stała się też ksywka, która przylgnęła do Stasia. Koledzy nazywali go: „Ślypko”. Sprawcy napadu zbiegli przez las i zostali złapani dopiero w Mysłowicach Wesołej. Smaczku tej sprawie dodaje fakt, że jeden z napastników kilkanaście lat później sam stanął na postoju i jeździł taksówką, zaś Stanisław zakończył karierę szofera niedługo po tym zdarzeniu.

Ernest Stencel przed swoją taksówką na osiedlu B, maj 1965 r.; fot. Bazyl Szurin

Wśród innych ofiar napadów był też Jerzy (nr boczny 115), któremu napastnicy podcięli gardło. Do zdarzenia doszło w Świerczyńcu. Na szczęście kierowca przeżył ten atak. Nieżyjący już Franciszek Dyjas (numer boczny 27) opowiadał kolegom, że był świadkiem napadu na kierowcę innego wozu. Pomógł mu, a ten z wdzięczności zaprosił go do lokalu. Kiedy przyszło do płacenia rachunku, okazało się, że uratowany nie ma czym zapłacić. W ten sposób Dyjas stał się mimowolnym samarytaninem. Uratował więc cudze zdrowie i… portfel.

Jubiler z gestem wzięty za wampira
W Tychach niedaleko Baru Centralnego (zwanego przez tyszan mordownią) pracował jubiler z Będzina. Kawaler. W pamięci tyskich taryfiarzy zapisał się jako człowiek z fantazją… Tak go wspominają:

– Woziliśmy go do Ustronia na dancing, a czasem też do restauracji „Bajka” w Mikołowie. Brał wtedy pięć taksówek i co jakiś czas kazał stawać, żeby przesiąść się do innego wozu. Żartowaliśmy, że w jednym wozie jechał on, a w drugim jego kapelusz. On się bawił do rana, a my czekaliśmy. Jadł, a talerze to kelnerzy zbierali za oknem. Pamiętam, że w kółko płacił orkiestrze, żeby grała jego ulubiony kawałek dancingowy „Trzeba łysych pokryć papą”. Jak już się ugościł, pojadł i wytańczył, to wracaliśmy. Dobrze płacił.

Leon Małek z samochodem marki Pobieda. Na rejestracji widoczny napis Stalinogród. Tak w latach 1953-56 nazywały się Katowice. W tle osiedle A i tzw. miasteczko barakowe, w którym mieszkali budowniczowie Tychów; for. archiwum Janusza Małka

– Miałem kiedyś z tym jubilerem kurs do domu. Był już „pod muchą” i źle mnie pokierował. Akurat był to okres, kiedy milicja intensywnie szukała wampira z Zagłębia napadającego na kobiety (druga połowa lat 60. – przyp. red). Wjechaliśmy w ulicę, która nagle się urwała, i kiedy usiłowałem z niego wyciągnąć poprawny adres, w naszym kierunku zbliżyło się kilku tajniaków w cywilu. Wzięli go za tego wampira. Powiedziałem: „panowie, on jest pod moją opieką i nic mu się nie może stać. Potwierdzam jego tożsamość i ręczę, że to nie jest ten człowiek, którego szukacie”.

I cielaki się woziło
Czasem rola kierowcy wykraczała poza standardowe podwiezienie pasażera. – Raz miałem dość niecodziennych pasażerów. Wstyd się trochę przyznać, bo to było karalne… Wiozłem żywe cielaki z okolic Pszczyny do pewnego gospodarstwa. Głównymi drogami! Wymontowałem wtedy tylną kanapę z mojego fiata. Jeden cielak głową w jedno okno, drugi w drugie okno i jedziemy! Fajnie wtedy mi zapłacili. Najdalej taksówką byłem w Świnoujściu. Często jeździłem w dalsze trasy z człowiekiem, który wieszał dzwony w kościołach. Były z tego dobre pieniądze – wspomina Eugeniusz Helios.

Eugeniusz Helios na placu Baczyńskiego, lata 90.; fot. archiwum E. Heliosa

Paweł Brożek (numer boczny 3): – Poproszono mnie, żebym pojechał na targ po prosiaki. Fajnie płacili. Pasażerka powiedziała: „Wy się Paweł umjycie targować, to podźcie z nami”. Prosiaki najlepiej kupować do pary (samiec i samica), bo lepiej się chowają. Na tym targu sprzedająca nie miała takiej pary i chciała mnie oszukać, próbując sprzedać dwa samce. Wkurzyłem się i mówię: „Co wy mnie tu mutter cyganicie”. Wysypałem te wieprzki z worka i prawda wyszła na jaw. Kobieta mnie przepraszała. To były takie czasy… Może i nic nie było, za to wesoło było.

FRAGMENTY OBSZERNEGO TEKSTU MARCINA ZARZYNY, KTÓRY UKAZAŁ SIĘ NA ŁAMACH TRZECH NUMERÓW „NOWEGO INFO”. WIĘCEJ PRZECZYTACIE w nr 11 z 29.05.2018 r., nr 12 z 12.06.2018 r. i nr 13 z 26.06.2018 r.

Dodaj komentarz