Tak wyglądał kapitan Rybczyński!

0
Jan Rybczyński w mundurze (jeszcze w randze porucznika) z rodzicami i rodzeństwem. Zdjęcie wykonano w latach 20. XX wieku; fot. archiwum rodziny Rybczyńskich

Dotąd niewiele było wiadomo o jego losach przed II wojną światową. Próżno też było szukać jego wizerunku. Żadnego zdjęcia nie posiadało Muzeum Śląskiego Września 1939 r. w Tychach. Nic też nie znajdowała internetowa wyszukiwarka. Tymczasem nazwisko kapitana Jana Rybczyńskiego, który zginął w Gostyni w obronie polskości Górnego Śląska, jest znane w regionie. Jest on patronem szkoły i ulicy. Ma swoją tablicę pamiątkową. Dzięki opublikowanemu w „Nowym Info” artykułowi o kapitanie, udało nam się dotrzeć do członków jego rodziny. Publikujemy też jego fotografię. A więc tak wyglądał kapitan Rybczyński!

W numerze 18 „Nowego Info” (4.09.2018 r.) opublikowałem artykuł pt. „Szwabów się nie bójcie”. Opisałem w nim postacie: pułkownika Władysława Kiełbasykapitana Jana Rybczyńskiego, odważnych i szanowanych dowódców, którzy we wrześniu 1939 r. polegli w rejonie Wyrów, Gostyni i Mikołowa, w obronie granic II Rzeczpospolitej przed napaścią niemiecką.

O kapitanie Janie Rybczyńskim, dowódcy pociągu pancernego „Groźny”, który siał spustoszenie w szeregach Wehrmachtu dotąd niewiele było wiadomo. Z listy wniosków o odznaczenie orderem Virtuti Militari, który sporządził generał Jan Jagmin-Sadowski, dowódca Grupy Operacyjnej „Śląsk” znamy jedynie jego datę urodzin: 28 sierpnia 1899 r. Zachowały się wprawdzie wspomnienia jego żołnierzy, spisane w latach 70. i 80 XX w. na kombatanckich spotkaniach w Niepołomicach, gdzie przed wojną stacjonował 2. Dywizjon Pociągów Pancernych, ale nie była znana jego przedwojenna biografia ani też żadne zdjęcie.

Tymczasem Jan Rybczyński to bohater dowodzący 180-osobową załogą w stalowym gigancie wyposażonym m.in. w haubicę 100 mm, trzy armaty 75 mm, 18 karabinów maszynowych i 20 ton amunicji.

Wagon artyleryjski pociągu Groźny; fot. derela.pl

„Ratujcie tę biedną piechotę”

Zarys charakteru kpt. Rybczyńskiego wyłania się ze wspomnień żołnierzy „Groźnego”. Z relacji weteranów wynika, że Jan Rybczyński był dowódcą lubianym i szanowanym. Roztropne dowodzenie łączył z energicznością i duchem walki. M.in. sierż. Antoni Jasiówka, szef pociągu, wspominał, że kpt. Rybczyński głęboko wierzył w możliwości żołnierza i tą postawą zarażał. Po śmierci Rybczyńskiego, jego zastępca nie opuścił pociągu mimo odniesionych oparzeń po niemieckim ataku.

Fot. arch. Muzeum Śląskiego Września 1939 r. w Tychach

Zenon Kułakowski był w „Groźnym” działonowym haubicy 100 mm (największego działa pociągu). Wspominał, że 1 września 1939 r. na stacji, tuż przed Tychami, generał Jan Andrzej Jagmin-Sadowski rozmawiał z kapitanem Janem Rybczyńskim. „Wychyliłem się z wieży pancernej i słyszałem, jak na zakończenie tej rozmowy generał stwierdził: »Panie kapitanie, spieszcie się, ratujcie tę biedną piechotę«”.

Porucznik Bernard Drzyzga z piechoty wspominał kpt. Rybczyńskiego: „Gdy tylko wyładowano rannych, skromny ten bohater podążył w bój, aby znów wspierać nasze oddziały i dać dowód, że mogą liczyć na jego wsparcie. I to wszystko, mimo że załoga pociągu głuchła od wystrzałów i nerwy miała w strzępkach (niemal non stop w boju przez dwa dni)”.

„Robimy się tacy malutcy”

Jeden z niemieckich żołnierzy z 48. pułku piechoty 8. Dywizji Pancernej, nacierającej w pierwszych dniach września na Wyry i Mikołów, zapisał w swoim dzienniku: „ (…) Ogień wzmaga się i to z gwałtownością, którą trudno sobie wyobrazić. Wydaje się, że powietrze składa się tylko z ognia i żelaza. Jak tysiąc syren gwiżdżą i ryczą pociski w powietrzu, odcinając dosłownie korony drzew. Drzazgi latają koło głowy. Wgryzamy się mocno w ziemię, robimy się tacy malutcy, jak to jest tylko możliwe. Nie szukamy celu, ponieważ wobec takiego ognia jesteśmy bezsilni. I nagle rozpoznajemy sprawcę tego ataku ogniowego. To polski pociąg pancerny. Powoli toczy się ten potwór ku nam z prawej strony na lewo. Pluje na nas takim gradem pocisków, że każdemu wydaje się, iż nadeszła jego ostatnia chwila”.

Z kolei niemiecki generał von Rothkirch z 49. pułku piechoty „Niebieskie Lwy” z Wrocławia we wspomnieniach z bitwy pod Wyrami pisał: „Nagle zameldowano zbliżanie się pociągu pancernego z lewej strony. Sapanie lokomotywy stało się słyszalne. Potwór zbliżył się do występu leśnego, rozciągającego się na bagnistym terenie na północ od drogi do Żwakowa. (…) Polacy (…) nacierali bardzo odważnie. Zostali jednak krwawo odparci. Ale i ogień dział pociągu pancernego, kierowany na krótką odległość był skuteczny, prawie demoralizujący, bo ze strony niemieckiej nie było broni do jego zwalczania. Chrzest bojowy był dla pułku bardzo bolesny”.

Śmierć od kuli snajpera

Por. Drzyzga wspominał, że Rybczyński z miną zwycięzcy mówił: „Dostali po skórze, gdyż nie spodziewali się takiego męstwa. Wasze wojsko szło wprost w moje salwy, aby tylko nadążyć przed uciekającymi Niemcami”.

„Prażyliśmy szwabów armatkami 75 mm, aż się kurzyło, jak uciekali” – zapisał żołnierz „Groźnego”.

Okoliczności śmierci bohaterskiego kapitana nie są dokładnie znane. Wiadomo, że zginął 2 września, ok. godz. 17.30. Zdarzało się bowiem, że Rybczyński opuszczał pociąg i dokonywał zwiadów na pierwszej linii frontu. Poruszał się TKS-em – lekkim czołgiem rozpoznawczym. Tego dnia prowadził go kapral Zonaberg. Obaj poszli do punktu obserwacyjnego piechoty. Z tego zwiadu kapitan już nie powrócił.

Kapral był tak zszokowany śmiercią dowódcy, że nie potrafił zdać relacji, co dokładnie się stało. Dowództwo „Groźnego” objął kpt. Józef Kulesza. Rozkazał on dwóm kierowcom tankietek – kapralom: Zonabergowi i Skoczkowi wrócić na miejsce śmierci Rybczyńskiego i odnaleźć jego ciało. Kapral Siniakiewicz, dowódca karabinów maszynowych tak zapamiętał to zdarzenie:

„Po dwóch godzinach czołgi powróciły, ale bez zwłok kpt. Rybczyńskiego. Kpr. Zonaberg miał złamaną rękę, a kpr. Skoczek został ciężko ranny w głowę. Mimo poszukiwań, nie udało się odnaleźć ciała kapitana. Obaj czołgiści musieli się wycofać, bo Niemcy nacierali. Ratując rannego kpr. Skoczka, wyciągnęliśmy go z czołgu i na naszych rękach umarł. Okazało się, że został trafiony w głowę przez otwartą klapę czołgu. Pochowaliśmy go pod brzózką przy drodze obok browaru w Tychach. Czarnym dniem był dla nas 2 września 1939 r. Straciliśmy bohaterskiego dowódcę i lubianego kolegę, który był skrzypkiem i swoją muzyką rozweselał nas na froncie”.

Franciszek Wiatr, dowódca 8. kompanii 73. pułku piechoty tak relacjonował okoliczności śmierci dowódcy pociągu: „Na prawym skrzydle mego odcinka stała armatka przeciwpancerna, a za nią leżał zabity oficer w płaszczu żołnierskim w stopniu kapitana, z hełmem na głowie, który był przedziurawiony nad czołem. Twarz była zwrócona ku ziemi. Domyśliłem się, że był to dowódca pociągu pancernego kpt. Jan Rybczyński. (…) Ciało zauważyłem ok. godz. 18.00”.

Aż do ostatniej bitwy

Dokładne miejsce śmierci Rybczyńskiego długo nie było znane. W 2013 r. zlokalizowali je wielbiciele historii i militariów ze Stowarzyszenia Pro Fortalicium,  m.in. Arkadiusz Dominiec. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że zginął przy leśnej ścieżce, ok. 500 m za obecnym Pomnikiem Żołnierzy Września w Gostyni. – Zachował się tam wykop po stanowisku armatki przeciwpancernej. Znaleźliśmy tam m.in. skrzynkę po amunicji i łuski. To jedyne takie stanowisko w tym rejonie lasu i pasuje do relacji Franciszka Wiatra.

3 września pociąg „Groźny” dostał rozkaz wycofania się z rejonu Tychów i Wyrów. Ogólna sytuacja na froncie tego wymagała. GO „Śląsk” była zagrożona okrążeniem. 7 września pod Tarnowem załoga uszkodziła pociąg, bo nie było szans na dalszą walkę. Wcześniej wymontowano uzbrojenie. Ocalałe wagony Niemcy „wcielili” do swoich składów pancernych. Żołnierze z „Groźnego” walczyli m.in. pod Kockiem (2-6 października 1939 r.), w ostatniej bitwie „Polskiego Września” i toczyli walkę z Niemcami na Zachodzie.

Nazwisko kpt. Jana Rybczyńskiego wyryte jest na Pomniku Pamięci Żołnierzy Września 1939 r. w Gostyni. Tablica poświęcona jego pamięci znajduje się w hali dworca PKP w Tychach, a jego imię nosi szkoła kolejowa w Tychach i jedna z ulic w Gostyni.

***

23.09.2018 r. obszerne fragmenty powyższego artykułu opublikowałem w naszym portalu noweinfo.pl. I tu swoją siłę pokazał Internet!

Dwa dni później (25.09.2018 r.) otrzymałem informację poprzez społecznościowy komunikator: „Pisał pan artykuł »Szwabów się nie bójcie«” i dalej cytat z mojego tekstu: „O jego życiorysie w zasadzie nie wiadomo nic… poza datami jego urodzin i śmierci. Nie jest znane żadne jego zdjęcie”. Potem kolejna informacja: „Od kilku lat mam kontakt z rodziną kapitana Rybczyńskiego, mam też jego zdjęcie”. W następnej wiadomości została załączona fotografia młodego oficera w mundurze z rodzicami i rodzeństwem.

Osobą, która się ze mną skontaktowała, był Krzysztof Rybczyński, tyszanin mieszkający obecnie w Gostyni. Ze względu na zbieżność nazwisk z kapitanem, usiłował on dowiedzieć się, czy nie jest z nim spokrewniony. Tak trafił w sieci na Artura Rybczyńskiego, wnuka brata kapitana. To od niego dowiedział się, że nie są spokrewnieni i od niego otrzymał unikatową fotografię.

Krzysztof Rybczyński przekazał mi telefon do Artura Rybczyńskiego. Zadzwoniłem do niego. Potem Artur Rybczyński dał mi telefon do swojego ojca – 83-letniego Zbigniewa Rybczyńskiego z Krakowa, bratanka kapitana Rybczyńskiego. Poniżej efekty obu rozmów. Dzielę się nimi z państwem, bo dzięki tym strzępkom wspomnień i tej jednej fotografii możemy w końcu bliżej poznać bohatera śląskiego września 1939 r.

Rodzina Rybczyńskich pochodziła z kresów Rzeczpospolitej. Był to ród herbowy (Ślepowron). Posiadała majątek we wsi Rybczyńce (pomiędzy Berdyczowem a Winnicą), na terenie dzisiejszej Ukrainy. – Najstarszy zapis dotyczący Rybczyńskich na tym terenie, który udało mi się odnaleźć, pochodzi z końca XVIII wieku – mówi Artur Rybczyński. – Kiedy rodowa wieś znalazła się pod zaborem rosyjskim, a potem najprawdopodobniej również na skutek powstańczych zawieruch, w XIX w. Rybczyńscy wyemigrowali m.in. do Poznania i Krakowa. Kapitan Jan Rybczyński pochodził z krakowskiego odgałęzienia rodziny – dodaje Artur Rybczyński.

Jan Rybczyński na rodzinnej fotografii

Jak twierdzą Artur i Zbigniew Rybczyńscy, zdjęcie ich przodków zostało zrobione najprawdopodobniej niedługo przed wybuchem II wojny światowej. Rodzina Rybczyńskich zapozowała w fotograficznym atelier. Jan Rybczyński jest w mundurze, jeszcze w randze porucznika. Na pierwszym planie rodzice kapitana – Maria i Julian Rybczyńscy. Widać podobieństwo Jana do matki. Ojciec – dystyngowany, starszy pan z wąsami i bródką – był inspektorem Kolei Wiedeńskiej, za cesarza Franciszka słynącej z punktualności. Z racji wykonywanej pracy Julian Rybczyński mieszkał trzy lata w Wiedniu. Na fotografii jest jeszcze siostra kapitana – także Maria i jeden z dwóch braci – Kazimierz (tak twierdzi Artur Rybczyński) lub Władysław (jak mówi Zbigniew Rybczyński).

Długo przypatruję się fotografii… Nie pasuje mi przekazany przez rodzinę termin jej wykonania – tuż przed wojną. Kapitan wygląda na nim za młodo (w 1939 r. miał 40 lat). Poza tym krój ubrań osób pozujących do zdjęcia sugeruje wcześniejszy czas.

Postanawiam skonsultować się z Arkadiuszem Domińcem, właścicielem Muzeum Śląskiego Września 1939 r. w Tychach. Arek rozwiewa moje wątpliwości. – To zdjęcie zostało wykonane w latach dwudziestych XX w. Świadczy o tym mundur Jana Rybczyńskiego. Ma na sobie oficerską kurtkę gabardynową wzór 27 (gabardyna – tkanina wełniana o ukośnym splocie używana do szycia mundurów galowych oficerów i podoficerów zawodowych – przyp. JJ). Charakterystyczne dla tego okresu są: wysoki kołnierz oraz dolne kieszenie „miechowe” – wyjaśnia Arkadiusz Dominiec dodając, że odnalezienie zdjęcia kapitana to sensacja.

Tragedia w rodzinie kapitana

– Mój ojciec Kazimierz, brat kapitana Rybczyńskiego, opowiadał mi, że Jan bardzo mnie lubił. Miałem wtedy kilka lat. Kiedy do nas przychodził, mówił: „Kaziu daj mi Zbyszka, ja pójdę z nim na spacer” – wspomina Zbigniew Rybczyński. Mój rozmówca twierdzi, że ta bliskość z wujkiem wynikała prawdopodobnie z faktu, że kapitan z żoną długo nie mogli doczekać się własnych dzieci.

Co wiadomo o najbliższej rodzinie Jana Rybczyńskiego? Ożenił się z Marią (Z. Rybczyński nie jest pewny imienia), która pochodziła z rodziny Balcerów. Familia ta była znana w Krakowie głównie z powodu piłkarza Mieczysława Balcera. W latach międzywojennych grał on w Cracovii, a potem w Wiśle, z którą zdobył dwukrotnie mistrza Polski. W latach 1924-1934 był reprezentantem kraju (10 występów, 8 goli).

Jan i Maria Rybczyńscy mieli jedno dziecko – córkę Ewę. Jak twierdzi Zbigniew Rybczyński, jeszcze przed wybuchem wojny kapitan został wdowcem. Po śmierci żony sam wychowywał córkę. – Kiedy Jan zginął w kampanii wrześniowej, Ewa przez kilka lat mieszkała z nami. Ukończyła matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, a po wyjściu za mąż (także za matematyka) wyprowadziła się z Krakowa do Poznania. Po mężu nazywała się Jaroszewska – mówi Zbigniew Rybczyński.

– Syn Ewy, a wnuk kapitana Rybczyńskiego – Michał Jaroszewski – był alpinistą. Zginął podczas wspinaczki w Alpach Francuskich. Wpadł do jakiejś szczeliny. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. To była rodzinna tragedia. Zachowała się korespondencja mojej mamy z tamtego okresu. Zresztą przyjaciel Michała, z którym się wspinał, też zginął w górach – wspomina Zbigniew Rybczyński.

Potwierdzenie informacji o tragicznej śmierci wnuka kapitana Rybczyńskiego znalazłem na internetowej stronie Klubu Wysokogórskiego w Warszawie (lista zmarłych polskich wspinaczy). Datowana jest na 1980 r. Wzmiankę o śmierci Michała podał też rocznik „Wierchy”, poświęcony górom (wydanie z 1981 r.).

Śmierć pod Monte Cassino

Kapitan Rybczyński nie był jedynym wojskowym w rodzinie, który oddał życie za wolną Polskę. – Mój wujek ze strony mamy – Józef Stojewski-Rybczyński także walczył w kampanii wrześniowej. Pochodził z okolic Stanisławowa. Kiedy dostał się do niewoli, moi rodzice pomogli mu uciec z więzienia gestapo na Montelupich w Krakowie. Przedostał się na Zachód. Walczył u gen. Andersa. Zginął pod Monte Cassino – mówi Zbigniew Rybczyński.

Józefa Stojewskiego-Rybczyńskiego odnajduję w Wikipedii. Dowiaduję się, że był równolatkiem Jana Rybczyńskiego. W 1939 r. pełnił funkcję adiutanta dowódcy 2. Dywizjonu Artylerii Konnej z Dubna. Po przedostaniu się na Zachód został oficerem Wojska Polskiego we Francji. W stopniu majora objął funkcję dowódcy 5. baterii II Dywizjonu 1. Wileńskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Później został oficerem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Był zastępcą dowódcy 3. Karpackiego Pułku Artylerii Lekkiej w stopniu majora. W trakcie bitwy o Monte Cassino pełnił funkcję obserwatora artyleryjskiego oraz zastępcy dowódcy 4. batalionu Strzelców Karpackich, ppłk. Karola Fanslaua, a po jego śmierci 17 maja 1944 r. przejął dowództwo nad jednostką. Jednak tego samego dnia także on poległ w walkach podczas zdobywania wzniesienia nr 593 (Góra Ofiarna), dowodząc atakiem. Został pochowany na Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino. Odznaczony m.in. Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari.

Grupa specjalna likwidująca Sowietów

Wyjątkową kartę w czasie okupacji i tuż po niej zapisał też brat kapitana Rybczyńskiego – Kazimierz, ojciec mojego rozmówcy Zbigniewa Rybczyńskiego. – Oficjalnie był urzędnikiem skarbowym, ściągał zaległe podatki. Nieoficjalnie należał do struktur wywiadowczych krakowskiej Armii Krajowej. Po wojnie był szefem grupy specjalnej AK, która wykonywała wyroki m.in. na funkcjonariuszach NKWD, którzy męczyli AK-owców – mówi Zbigniew Rybczyński.

– Urząd Bezpieczeństwa oferował duże pieniądze za wskazanie członków tej grupy, ale oni nigdy nie zostali wykryci. O tej przeszłości ojca nikt nie wiedział, nawet matka. Tata opowiedział mi o wszystkim dwa miesiące przed śmiercią.

– Kiedy umierał jeden z członków grupy specjalnej, to ci żyjący zostawiali na grobie charakterystyczne chorągiewki. W ten sposób – nie kontaktując się – wiedzieli, ilu ich jeszcze jest. Po pogrzebie taty, na drugi dzień, na jego mogile była tylko jedna taka flaga – dodaje Z. Rybczyński.

Na koniec naszej prawie dwugodzinnej rozmowy umawiam się z panem Zbigniewem na wspólny rekonesans po Krakowie, śladami kapitana Jana Rybczyńskiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here