Barwna historia tyskich taksówkarzy. Na postoju i w drodze – część 2

2
Leon Małek był jednym z pierwszych tyskich taksówkarzy. Na zdjęciu pozuje przy swoim chevrolecie deluxe na starotyskim rynku. Za nim widać budynek, którego ruiny stoją dziś przed Teatrem Małym; fot. archiwum Janusza Małka

W pierwszym odcinku przybliżyłem początki branży taksówkarskiej w Tychach. Rozpocząłem też opowieść o tym, jak niebezpieczny może być zawód taryfiarza. Dziś moi rozmówcy – taksówkarze weterani – kontynuują ten wątek. Wspominają też niecodzienne kursy i niezapomnianych pasażerów.

Autor: Marcin ZARZYNA

Niebezpieczne kursy

– Koledze (nr boczny 76) zarzucono szyję pętlę, podduszono go i pocięto nożem. Młodzi ludzie wywieźli go do Urbanowic. To jeden z drastyczniejszych przypadków… – wspomina Eugeniusz Helios.

– W Cielmicach miałem zdarzenie z pijanym pasażerem, który próbując wyjść bez zapłacenia za kurs, zadał mi niespodziewanie cios w twarz. Na szczęście jego ręka nie była zbyt wielka, taka koścista raczej, a i ja byłem wtedy młody, więc dałem radę wybiec z auta. Złapałem go i wcisnąłem z powrotem na tylne siedzenie. Potem gazem na komendę milicji. Tam wyjaśniłem dyżurnemu, co się stało. W ciągu godziny temat został całkowicie wyjaśniony. Ja nie spałem przez noc, ale on nie mógł leżeć na plecach pewnie z tydzień. I na piechotę musiał wracać do Cielmic – opowiada E. Helios.

– Innym razem klienci kazali mi się wieźć się na Gronie (dzielnica Mikołowa), ulicą Mikołowską, tam, gdzie się te skałki zaczynają. Była ciemna noc. Zaczęli wysiadać. Złapałem jednego za ramię i upomniałem się o należność. On poklepał mnie znacząco po ramieniu i powiedział: „A tak piechty do Tychów byś nie poszeł?”. Ja sam nocą i tych trzech… Wolałem odpuścić.

Młotkiem w oko i nożem w gardło

– Generalnie w Tychach było dość spokojnie. Dopiero jak w latach 80. postawiono Hotel Tychy, no to trochę zaczęło się dziać – snuje swoją opowieść E. Helios.

– Kierowca Stanisław – numer boczny 49… Pasażerowie wzięli kurs na cegielnię w Czułowie.

Jeden z nich zaatakował go znienacka młotkiem. Podczas zadawania ciosu obuch spadł z trzonka, trafiając kierowcę w oko, które zostało uszkodzone.

Pamiątką po tym stała się też ksywka, która przylgnęła do Stasia. Koledzy nazywali go „Ślypko”. Sprawcy napadu zbiegli przez las i zostali złapani dopiero w Mysłowicach Wesołej. Smaczku tej sprawie dodaje fakt, że jeden z napastników kilkanaście lat później sam stanął na postoju i jeździł taksówką, zaś Stanisław zakończył karierę szofera niedługo po tym zdarzeniu.

Wśród innych ofiar napadów był też Jerzy (nr boczny 115), któremu napastnicy podcięli gardło. Do zdarzenia doszło w Świerczyńcu. Na szczęście kierowca przeżył ten atak. Nieżyjący już Franciszek Dyjas (numer boczny 27) opowiadał kolegom, że był świadkiem napadu na kierowcę innego wozu. Pomógł mu, a ten z wdzięczności zaprosił go do lokalu. Kiedy przyszło do płacenia rachunku, okazało się, że uratowany nie ma czym zapłacić. W ten sposób Dyjas stał się mimowolnym samarytaninem. Uratował więc cudze zdrowie i… portfel.

Ernest Stencel w swojej taksówce na osiedlu B, ul. Batorego, maj 1965 r.; fot. Bazyl Szurin

Wypadek, który obrósł mitami

– Najpoważniejsze zdarzenie drogowe, jakie pamiętam, miał inny kolega. W 1969 r. z restauracji w Teatrze Małym odwoził troje pasażerów, w tym dwoje cudzoziemców. Na ulicy Katowickiej w Czułowie skręcił, nie ustąpiwszy pierwszeństwa nadjeżdżającemu z przeciwka. Nastąpiło czołowe zderzenie.

Trójka pasażerów zginęła na miejscu. Kolega doznał szoku i zbiegł z miejsca wypadku, ale później powrócił.

Skończyło się rozprawą sądową i wysokim wyrokiem. To zdarzenie obrosło w środowisku mitami. Mówiono różne rzeczy: że właściciel wypadł z wozu podczas kolizji, a sam nie prowadził, bo był nietrzeźwy, że zamienił się z kimś. Niektórzy mówili, że rzeczywistym kierowcą był nie on, ale jedna z ofiar, miejscowy milicjant. Ta sprawa długo była głównym tematem rozmów na postoju. Jak się można domyślić, ten kolega nie wrócił już do zawodu.

Jubiler z gestem wzięty za wampira

W Tychach niedaleko Baru Centralnego (zwanego przez tyszan mordownią) pracował jubiler z Będzina. Kawaler. W pamięci tyskich taryfiarzy zapisał się jako człowiek z fantazją… Tak go wspominają:

– Miał zakład złotniczy u Krupy (dawny właściciel budynku restauracji na rogu ulic: Kościuszki i Sienkiewicza). Pieniądze miał to i lubił się zabawić. Pamiętam, że czasem nosił kieliszek w marynarce i mówił „tu mi lej”.

– Woziliśmy go do Ustronia na dancing, a czasem też do restauracji „Bajka” w Mikołowie.

Brał wtedy pięć taksówek i co jakiś czas kazał stawać, żeby przesiąść się do innego wozu. Żartowaliśmy, że w jednym wozie jechał on, a w drugim jego kapelusz.

On się bawił do rana, a my czekaliśmy. Jadł, a talerze to kelnerzy zbierali za oknem. Pamiętam, że w kółko płacił orkiestrze, żeby grała jego ulubiony kawałek dancingowy „Trzeba łysych pokryć papą”. Jak już się ugościł, pojadł i wytańczył, to wracaliśmy. Dobrze płacił.

– Miałem kiedyś z tym jubilerem kurs do domu. Był już „pod muchą” i źle mnie pokierował. Akurat był to okres, kiedy milicja intensywnie szukała wampira z Zagłębia napadającego na kobiety (druga połowa lat 60. – przyp. red). Wjechaliśmy w ulicę, która nagle się urwała, i kiedy usiłowałem z niego wyciągnąć poprawny adres, w naszym kierunku zbliżyło się kilku tajniaków w cywilu.

Wzięli go za tego wampira. Powiedziałem: „Panowie, on jest pod moją opieką i nic mu się nie może stać. Potwierdzam jego tożsamość i ręczę, że to nie jest ten człowiek, którego szukacie”.

I cielaki się woziło

Czasem rola kierowcy wykraczała poza standardowe podwiezienie pasażera. – Raz miałem dość niecodziennych pasażerów. Wstyd się trochę przyznać, bo to było karalne… Wiozłem żywe cielaki z okolic Pszczyny do pewnego gospodarstwa. Głównymi drogami!

Wymontowałem wtedy tylną kanapę z mojego fiata. Jeden cielak głową w jedno okno, drugi w drugie okno i jedziemy! Fajnie wtedy mi zapłacili. Najdalej taksówką byłem w Świnoujściu. Często jeździłem w dalsze trasy z człowiekiem, który wieszał dzwony w kościołach. Były z tego dobre pieniądze – wspomina Eugeniusz Helios.

Paweł Brożek (numer boczny 3): – Poproszono mnie, żebym pojechał na targ po prosiaki. Fajnie płacili. Pasażerka powiedziała: „Wy się Paweł umjycie targować, to podźcie z nami”. Prosiaki najlepiej kupować do pary (samiec i samica), bo lepiej się chowają. Na tym targu sprzedająca nie miała takiej pary i chciała mnie oszukać, próbując sprzedać dwa samce. Wkurzyłem się i mówię: „Co wy mnie tu mutter cyganicie”. Wysypałem te wieprzki z worka i prawda wyszła na jaw. Kobieta mnie przepraszała. To były takie czasy… Może i nic nie było, za to wesoło było.

– Jeździło się dużo dla firm państwowych. Na przykład rozwoziliśmy wypłaty dla różnych przedsiębiorstw. Często jeździłem dla PCSBBW z ich pracownikiem Pawłem Zarzyną. Mieliśmy konwojenta i we trójkę jechaliśmy do bazy sprzętu w Bziu Zameckim. To były regularne kursy co miesiąc – wspomina jeden z taksówkarzy.

Eugeniusz Siwy (numer boczny 25): – Swego czasu byłem najmłodszym taksówkarzem w województwie katowickim. Jeździłem dla Telewizji Katowice. Woziłem między innymi spikerów telewizyjnych. Przy okazji tej pracy udało mi się kiedyś załapać jako statysta do filmu „Grzeszny żywot Franciszka Buły”. W wersji trzygodzinnej tego filmu była taka scena, gdzie idzie procesja pogrzebowa, która w rzeczywistości szmugluje towar, między innymi wuszty. A jo do tej procesji wychodza w czornym ancugu…

Pierwszy mercedes wśród tyskich taksówek należał do Józefa Janty; fot. autor nieznany

Jak tu zarobić?

– Najlepsze zarobkowo były lata 70. Taryfa nie była korzystna, za to nadrabiało się liczbą kursów. Jak była podwyżka cen, to nie było technicznej możliwości szybkiego dostosowania taksometru, dlatego zrzeszenie wyposażało nas w tabele pomagające przeliczyć należność na nową cenę. Był okres, kiedy obowiązywała taka sama taryfa na terenie całego kraju. Z czasem mogło określać ją zrzeszenie, a potem każdy indywidualnie.

– Całkiem niezły ruch panował do 2008 r., w którym zaczął się kryzys światowy – mówi pan Eugeniusz. – Firmy zaczęły ciąć koszta i odbiło się to również na częstotliwości jazd taksówką.

Obecnie jest to praca na przeżycie, zwrot kosztów i jakikolwiek zysk. Kursy na lotnisko – to był dobry zarobek. W ciągu miesiąca można było zrobić kilkadziesiąt przejazdów. W tym czasie na mieście robiło się luźniej i ci, którzy zostawali, dostawali okazję do zrealizowania tych kursów, których nie obsługiwały w tym czasie inne wozy.

– Liczba zarejestrowanych wozów zmieniała się dynamicznie. Jeśli zerknie się na numery boczne dzisiejszych pojazdów, to można pomyśleć, że w Tychach jest ponad 800 taksówek. Jednak aktualnie wykorzystywane numery nie odzwierciedlają rzeczywistej liczby taksówek. Kiedy ktoś odchodził z tych czy innych przyczyn, jego numer nie był ponownie przydzielany. Po prostu wydawano kolejne numery wchodzącym do branży kierowcom. Stąd też brak na ulicach „starych” numerów i wysokie nominały obecnych. W 1970 r. – zarejestrowanych było 58 taksówek, a dziesięć lat później w 1980 r. już 233 – mówi Eugeniusz Helios.

Na liczbę udzielanych zezwoleń silny wpływ miały zmiany polityczne. Od początku lat 80. rosło znacząco zainteresowanie indywidualnym przewozem osób, co było spowodowane brakami zaopatrzeniowymi w sklepach. Taksówkarzowi jeżdżącemu na co dzień do różnych miast łatwiej było załatwić pewne towary, a potem sprzedać lub wymienić gdzie indziej.

– Wraz z ogłoszeniem stanu wojennego (13 grudnia 1981 r.) zaczęły się trudności z zakupem paliwa. Obowiązywały limity. Taksówkarze mogli wykupić około 300–400 litrów paliwa na miesiąc, co – trzeba uczciwie powiedzieć – wystarczało na potrzeby transportu osób.

Niektórzy sprzedawali swoje przydziały kartkowe na benzynę lub wymieniali na inne trudno dostępne towary. Reglamentacja paliwowa nie obejmowała aut z silnikiem Diesla. Olej napędowy był do kupienia „bez kartek”. Mało kogo było jednak stać na kupno auta z silnikiem wysokoprężnym – wspomina pan Eugeniusz.

W taksówkarskiej branży brak jest uregulowań, które stwarzałyby równe szanse wszystkim kierowcom – emerytów, ludzi pracujących dorywczo i tych, którzy żyją wyłącznie z taksówki. Przy czym wszyscy ponoszą te same obciążenia podatkowe.

Słuchając uważnie moich rozmówców zauważyłem, jak różne postawy wobec wykonywanej pracy przyjmują. Dla jednych czynnik finansowy był kluczowym powodem podjęcia tej pracy. Inni za nie mniej istotną uważali poczucie wspólnoty zawodowej i koleżeńską atmosferę. Jeszcze innych pociągał towarzyszący tej pracy element przygody. Jeszcze inni dostrzegali w niej możliwość wykreowania swojego wizerunku, m.in. przez aktywność społeczną związaną z tym zawodem.

Zbierając materiały od żyjących jeszcze weteranów taksówkarskich, udałem się na postój, żeby zagadnąć pierwszego z brzegu kierowcę o obecne warunki pracy. – Bywało panie, że przynosiłem do domu i kładłem na lodówce plik banknotów, aż się żona dziwiła. A teraz czasem wstydzę się wracać, bo nieraz położę stówkę, a nieraz nie, bo muszę zatankować.

Cdn.

Autor: Marcin ZARZYNA

Artykuł ukazał się w dwutygodniku „Nowe Info” nr 12 z 12 czerwca 2018 r.

Cykl trzech tekstów pt. „Na postoju i w drodze” otrzymał nagrodę główną w ogólnopolskim konkursie dziennikarskim SGL Local Press 2018 w kategorii „Dziennikarstwo specjalistyczne”.

Barwna historia tyskich taksówkarzy. Na postoju i w drodze – część 1

Barwna historia tyskich taksówkarzy. Na postoju i w drodze – część 3

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here