Ćwierć wieku bez Ryśka

0
Ryszard Riedel na festiwalu w Jarocinie, 6.08.1993 r.; fot. Mariusz Jędrysik

Ryszard Riedel (7.09.1956 – 30.07.1994) – tyszanin, wokalista, harmonijkarz, kompozytor, autor tekstów, w latach 1973-1994 lider zespołu blues-rockowego Dżem. W tym roku mija 25 lat od jego tragicznej śmierci. Już za życia był legendą, nie tylko muzyczną. Pisano o nim „ostatni hipis nad Wisłą”. Ogromny, samorodny talent był hamowany przez jego nałóg. Jednak młodych na koncerty nie przyciągały narkotyki, ale autentyczność Riedla. Teksty, które wyśpiewywał może bywały nieco infantylne, ale ich moc tkwiła w tym, że przekazywał w nich to, co przeżywał lub czuł. Odzwierciedlała się w nich też jego walka o wyjście z uzależnienia. Walka o prawdziwą wolność, o której marzył.

Ta walka została ostatecznie przegrana 25 lat temu. Rocznica ta jest okazją do przypomnienia sylwetki artysty, szczególnie początku jego kariery związanej ściśle z Tychami.

Poniższy materiał to fragmenty rozmów, które przeprowadziłem w lipcu 2005 r. jeszcze jako dziennikarz Górnośląskiego Tygodnika Regionalnego „Echo”. Na łamach tej gazety ukazał się wtedy dodatek „Śladami Ryśka Riedla”.

WSZYSTKIE ZEBRANE PRZEZE MNIE WSPOMNIENIA O RYSZARDZIE RIEDLU UKAZAŁY SIĘ W „NOWYM INFO” NR 16 Z 6.08.2019 R. MOŻNA PRZECZYTAĆ JE W NASZYM E-WYDANIU.

Śmierć i pogrzeb

30 lipca 1994 r. urządziliśmy z przyjaciółmi ognisko przy stawie na Sublach. Mieliśmy po 18-19 lat. Wracaliśmy do domów późno w nocy. Wtedy podjechał do nas na rowerze Robert, kolega z klasy. Mieszkał na osiedlu F nie daleko Ryśka Riedla. To on powiedział nam, że tego dnia w szpitalu w Chorzowie zmarł Rysiek. Nie było wtedy SMS-ów i messengerów. Wszyscy byliśmy fanami Ryśka i Dżemu, dlatego ów kolega wiedział, że musi nas odszukać i powiedzieć co się stało. Przez trzy dni chodziłem nieprzytomny, jakby umarł ktoś z najbliższej rodziny. Na myśl przychodził utwór Dżemu – „Dzień, w którym pękło niebo”.

Grób Ryszarda Riedla dzień po pogrzebie, 4.08.1994 r.; fot. Jarosław Jędrysik
Fot. J. Jędrysik

Pogrzeb Ryszarda Riedla pamiętam bardzo dobrze. To było 3 sierpnia 1994 r. Ktoś wtedy powiedział, że na cmentarzu w Wartogłowcu jest tego dnia więcej żywych niż umarłych. Przyszło kilka tysięcy ludzi, w tym znani muzycy, m.in. Irek Dudek. Widziałem, jak syn Sebastian wraz z kwiatami na trumnie położył harmonijkę ojca. Ludzie śpiewali przeboje Dżemu: „Wehikuł czasu”, „Whisky” i „Sen o Victorii”. Sami muzycy Dżemu też stali wśród tłumu. Nie dali się sprowokować padającym głośno oskarżeniom, że nie pomogli Ryśkowi, że choć ten był chory, to eksploatowali go do końca.

To były niesprawiedliwe i bolesne oskarżenia, bo to głównie dzięki kolegom z Dżemu, tworzonej wspólnie muzyce i koncertom oraz okresowym kuracjom odtruwającym (także za namową zespołu) Rysiek żył tak długo, zażywając „polską heroinę” (kompot).

Nie wszyscy fani potrafili zachować się na cmentarzu także po pogrzebie, ku utrapieniu rodziny i osób, których zmarli byli pochowani w sąsiedztwie grobu muzyka. Było picie alkoholu, przesiadywanie na pomnikach itp. Sytuacja była na tyle napięta, że w pewnym momencie żona Małgorzata Riedel rozważała ekshumację ciała męża i pochowanie go w innym miejscu.

Szkoła

Kiedy Rysiek w 1967 r. zamieszkał z rodzicami i siostrą na osiedlu F, zaczął chodzić do SP nr 18 im. Władysława Jagiełły. Po raz pierwszy nie zdał w piątej klasie, drugi raz w siódmej… I tak już zostało. Nie ukończył podstawówki, nawet w trybie eksternistycznym. Nauczyciele, którzy uczyli Ryśka, nie pamiętają go za dobrze. Być może dlaczego, że w szkole rzadko bywał. Za to podkreślają jego talent plastyczny.

Zofia Bekier, w SP nr 18 uczyła języka polskiego: – Ładna, chłopięca buzia. Fakt, do nauki w ogóle się nie przykładał, ale na lekcji nie przeszkadzał. Już wtedy chodził swoimi ścieżkami. Chodząca indywidualność.. Miał bogate wnętrze, ale wydawał się też samotny. Był zamknięty w sobie, trochę zagubiony, ale wrażliwy. Pamiętam, że nasza plastyczka Irena Psurek bardzo ceniła jego talent plastyczny. Malował sporo portretów.

Małgorzata Riedel, żona Ryśka: – Kiedy przychodził po mnie pod szkołę, zaglądałam mu do plecaka. W środku był jeden zeszyt do wszystkich przedmiotów (przeważnie z rysunkami Indian), kapcie na zmianę oraz… pusta butelka po piwie.

Praca

Zygmunt „Pudel” Pydych: – Kiedy indziej przyjmowali my się na gruba, na „Ziemowit” w Lędzinach. Pobrali my kaski, pochłaniacze i gumioki. Na drugi dziyń mieli my przyjść na przeszkolenie, ale Rygiel patrzy na tym szyb i godo: „Pudel, ale jo chyba na tyj nici nie zjada”.

Inny rozdział to była Spółdzielnia „Sad”. Rysiek się tam zatrudnił jako pomocnik murarzy. Ale jaki tam był z niego pomocnik. Długie kudły, kapelusz, długi mantel ze skóry… To go wysłali do zagrody z bydłem. Godają mu: „Kowboj, mosz, zaganiej!” No, ale jak zoboczył w tyj zagrodzie takiego sporego byka, to zaroz stamtąd pitnął.

Żona

Małgorzata „Gola” Riedel: – Z Ryśkiem poznałam się w wesołym miasteczku, które rozlokowało się na łąkach pomiędzy stadionem GKS-u i Technikum Budowlanym. To było w 1971 r. Przyszłam tam z koleżanką.

Po chwili zagadnęła nas grupa chłopaków, wśród nich taki niepozorny, z włosami na jeżyka. Pamiętam, że na koszulce miał własnoręcznie namalowanego Jimi Hendrixa.

Następnym razem spotkaliśmy się w nieistniejącej już kawiarni „Józefinka” (mieściła się przy al. Bielskiej, obok komendy milicji – przyp. red.). Kiedy na imprezie, którą zorganizowała siostra Ryśka, zgodziłam się z nim chodzić, chwycił mnie za rękę, pociągnął, zaczął biec i na cały głos śpiewać „I’m Going Home” Ten Years After.

Ryszard Riedel z synem Sebastianem przed blokiem na osiedlu „F” w Tychach, gdzie mieszkali; maj 1993 r.; fot. J. Jędrysik

Dzieci

Sebastian Riedel, syn Ryśka: – Jak zapamiętałem ojca? Bardzo lubił spacerować. Kiedy był w Tychach, często chodziliśmy na długie spacery na Paprocany. Wtedy opowiadał mi różne historie ze swojego życia. Dużo ze mną rozmawiał. O muzyce, różnych ideologiach, dziewczynach i… narkotykach, przed którymi zawsze mnie przestrzegał. Tłumaczył mi, że są złe, że to choroba, z którą on walczy. Powiedział mi kiedyś, że gdyby przyłapał mnie na braniu, to chyba by mnie zabił.

Narkotyki

Zygmunt „Pudel” Pydych: – Szesnaście lat ćpali my razem. Zaczyło się z głupoty, z ciekawości jak to bydzie. Był taki Słoniu, który wiedzioł co i jak. My nawet nie mieli pojęcia, że mogymy się uzależnić. Potym łomało nos w kościach, leciało z nosa i nie ino z nosa, do tego gorączka. Mysleli my, że momy grypa, weznymy polopiryna, wypocymy się w chałpie i już. A to nie była grypa, ino przekręt (uzależnienie – przyp. red.). Ostatnie pół roku to już z Ryśkiem było bardzo ciężko. Nie poznowoł ludzi, nie jodł. Trzeba docynić to, że mimo wszystko przez te lata koncertowoł. To był zawsze ciężki kawałek chleba. W grudniu 1994 r., pół roku po jego śmierci, wziołech ostatni roz.

Rysiek Riedel składa autografy fanom za sceną festiwalu w Jarocinie; 6.08.1993 r.; fot. archiwum J. Jędrysika

Większość z przytoczonych powyżej wypowiedzi ukazało się po raz pierwszy w tygodniku „Echo” nr 30 z 27.07.2005 r., w specjalnym dodatku pt. „Śladami Ryśka Riedla”, poświęconemu Ryszardowi Riedlowi.

Dodaj komentarz